Lwów to największe tegoroczne odkrycie podróżnicze i największe pozytywne zaskoczenie. Okazuje się, że jeśli chodzi o wiedzę na temat ciekawych miejsc w Europie, wciąż jestem ignorantką. Malta mnie zachwyciła, ale nie zaskoczyła, było dokładnie tak, jak się spodziewałam. Podobnie rzecz miała się z innymi odwiedzonymi w tym roku miejscami: Spreewald, Neapol, Szwajcaria Saksońska, Czechy, mnóstwo miast w Polsce, to kierunki świetne, ale zgodne z moimi oczekiwaniami. Lwów okazał się najwspanialszą niespodzianką. Co takiego jest w tym ukraińskim mieście, że potrafi oczarować i jest absolutnym numerem jeden na city break w Europie?

Po pierwsze i najważniejsze, Lwów jest piękny, czysty i zadbany. Wiedziałam, że to ładne miasto, ale spodziewałam się kamienic w opłakanym stanie, rozsypujących się atrakcji i raczej biedy. Tymczasem miasto jest wspaniale wyremontowane, wiele polskich aglomeracji może mu pozazdrościć. Jeśli chodzi o czystość na ulicach, to inne europejskie miasta mogą znacząco odstają od lwowskiego standardu. Bądźmy szczerzy, mój ukochany Rzym jest przepiękny, ale poza ścisłym turystycznym centrum jest po prostu brudny. W okolicy dworca Termini trudno przejść kilka metrów, by nie wejść w psie odchody. Podobnie jest w innych dużych miastach. We Lwowie było czysto nawet na peryferiach.

Druga sprawa to ilość zabytków i ciekawych miejsc. Taka w sam raz, nie przytłacza jak w Rzymie, gdzie nie wiadomo, co wybrać, by w ciągu 3-4 dni zobaczyć to, co najciekawsze. Na pewno we Lwowie nie będziecie się nudzić, ale też nie będziecie biegać spoceni i zziajani, bo nie zdążyliście zobaczyć jeszcze kilku atrakcji.

Następna kwestia to ceny. Wprawdzie Eldorado pod tym względem już się na Ukrainie skończyło, ale nadal jest tanio. W restauracjach znacznie taniej niż w Polsce. Alkohol kosztuje bajecznie mało. Bilety wstępu do muzeów kosztują co najmniej połowę mniej niż w Polsce. A komunikacja to już naprawdę śmieszna sprawa. Jak inaczej określić bilet na tramwaj , który kosztuje ok. 80 groszy z centrum na Cmentarz Łyczakowski? Taksówki, a zwłaszcza Uber, wychodzą o wiele taniej na osobę niż u nas autobusy. Z lotniska do centrum Uberem dojedziecie za mniej niż 10 zł.

Podróż do Lwowa z Polski nie uszczupli zbytnio waszego portfela. Z Katowic to tylko 450 km, więc wystarczy bak benzyny. Swoje trzeba na granicy odstać, ale potraktujcie to jak przygodę i powrót do przeszłości, a będzie ok. O przekraczaniu granicy z Ukrainą napiszę innym razem. Samolot w dobrej cenie kosztuje znacznie poniżej 200 zł. Pociągiem też dojedziecie tanio. No i Lwów jest łatwo dostępny dla tych, którzy boją się latać.

Ceny noclegów mogą wprawić w ekstazę. Za 4 noce w ocenionym na bookingu na 9,6  apartamencie dla 4 osób, 300 metrów od opery, płaciliśmy 400 zł. Rezerwowaliśmy go 2 tygodnie przed wyjazdem, gdy wybór był już bardzo ograniczony.

Lwów  to jedno z najbardziej zielonych miast, w jakich byłam. Liczba parków i skwerów może wręcz oszołomić,  trudno wręcz zdecydować, które miejsce wybrać na spacer, bo jest ich tak wiele. Na dodatek większość ulic porośnięta jest drzewami, można więc odpocząć w cieniu. W ogóle wszędzie jest dużo kwiatów, fontann i różnych miłych dla oka dekoracji czy pomników.

Dostęp do kultury to bajka. Najtańsze bilety na Jezioro Łabędzie czy Carmen we lwowskiej operze kosztują 13 zł… Nie opłaca się iść tylko na zwiedzanie, bo za 2 zł więcej będziecie uczestnikami niepowtarzalnego spektaklu w oszołamiającym miejscu. Podobne ceny obowiązują na koncerty organowe w Kościele Św. Magdaleny czy w Teatrze Kurbas. Nie obawiajcie się, że nic nie zrozumiecie. Ukraiński jest tak podobny do polskiego, że bez problemu połapiecie się, o co chodzi.

No właśnie, język to kolejny atut. Ukraińcy mówią po swojemu, Polacy po swojemu i wszyscy się dogadują. Trochę gorzej wygląda sprawa z czytaniem, bo alfabety mamy jednak zupełnie różne. Za to angielski jest dosyć powszechnie znany i w turystycznych atrakcjach raczej nie ma problemu z dogadaniem się. A w ogóle to w wielu miejscach znajdziecie informacje po polsku. Nawet menu w restauracjach.

Brak komercji to ogromny plus. No może nie tak do końca, ale w porównaniu do Krakowa, Lwów to wciąż miejsce nieznane. Nie ma chińskich pamiątek! Turyści to głównie Polacy, prawie nie ma tu podróżnych z zachodniej Europy. Gdy przyjadą,  ceny we Lwowie dramatycznie wzrosną, więc korzystajcie, póki się da.

Tu zjecie wspaniałe potrawy w super cenach. Kuchnia ukraińska jest treściwa, ale pyszna. We Lwowie jest naprawdę smacznie i tanio, o czym będzie więcej w jednym z kolejnych wpisów. Na dodatek tutejsze restauracje prześcigają się wręcz w pomysłach, jak przyciągnąć klientów, więc wystrój lokali i cała oprawa posiłków to temat rzeka. Takich czarów nie widziałam jeszcze nigdzie.

Podobało mi się widoczne przywiązanie do tradycji. Podobno tak jest w Rumunii, że młodzi ludzie nie wstydzą się chodzić w strojach ludowych czy przynajmniej nosić tradycyjnych ozdób i dodatków, ale ja tego jeszcze w żadnym europejskim kraju nie widziałam. We Lwowie elegancie białe koszule z haftem w czasie różnych uroczystości, a nawet w zwykłą niedzielę, noszą nie tylko seniorzy, ale i ludzie bardzo młodzi. Wszyscy w tych strojach wyglądają bardzo elegancko. Trzeba przyznać, że Ukrainki są w ogóle pięknymi kobietami (w jakimś ostatnim rankingu zostały uznane za najpiękniejsze kobiety w Europie). Szczupłe, zgrabne, delikatnie pomalowane nie mają nic wspólnego z utartym w naszej świadomości wizerunkiem Rosjanki. Takie noszenie tradycyjnych strojów to naprawdę super sprawa. Pamiętacie, jak zniewalająco wyglądała Ewa Bilan-Stoch, gdy w imieniu Kamila odbierała nagrodę dla najlepszego sportowca roku w 2017 roku? W białej koszuli, czerwonych koralach i słowiańskim warkoczu przyćmiła samą Annę Lewandowską. Ukrainki noszą takie ludowe ubrania z gracją i dumą, nie mogłam oderwać od nich oczu. A i panowie w białych koszulach z haftem prezentują się rewelacyjnie.

Chyba jednak najważniejsza ze wszystkiego jest fantastyczna atmosfera, taka trochę jak za dawnych lat. Wciąż na drogach jeżdżą stare auta, a brukowane ulice są koszmarnie dziurawe. Lampy uliczne przypominają stare latarnie, jest jakoś tak nostalgicznie. W restauracjach można zatańczyć tango, na ulicach posłuchać jak ktoś gra na akordeonie. No i w każdym zakątku można zobaczyć ślady polskości. Jest dokładnie tak, jak lubię. Mnie w ogóle jakoś zawsze bardziej pociągał wschód niż zachód. Może dlatego, że moje korzenie sięgają właśnie terenów wschodnich? Tata pochodzi z małej wioski koło Rzeszowa, na Śląsk przywiózł z sobą tamtejsze obyczaje i kuchnię. Pamiętam drobną babcię Zosię, najpyszniejsze na świecie pierogi, jakie robiła i niewielki dom otoczony polami. Tamta ziemia już nie należy do naszej rodziny, ale sentyment pozostał.

Wiem, wiem, pewnie część z Was się ze mną nie zgodzi i powie, że taki Lwów, a Paryż to jednak przepaść, że zachodnie miasta są bogatsze, nowocześniejsze i w ogóle lepsze. Na szczęście to mój blog. Nie piszę na zlecenie żadnych agencji, nie ma u mnie wpisów sponsorowanych ani nawet reklam, więc mogę pozwolić sobie na szczerość, osobiste oceny i krytykę, wtedy, gdy chcę. Zakochałam się we Lwowie i mam nadzieję, że będę tu wracać wiele razy. Czego i Wam życzę.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.