Gdybyście mogli jechać do Maroka tylko do jednego miasta, wybierzcie Marrakesz. Tu znajdziecie wszystko, co jest typowe dla tego kraju: medynę, suki, pałace, zabytkowe bramy, meczety, wspaniałe ogrody, bajeczne riady, garbarnie skór, medresy, przepych i biedę, piękno i brzydotę, natrętnych sprzedawców i przyjaznych ludzi. Marrakesz to kwintesencja Maroka. Miasto, które mnie zafascynowało i do którego, mam nadzieję, będę wracać.

Marrakesz jest duży (liczy prawie milion mieszkańców), głośny, kolorowy, żywiołowy, po prostu cudowny. To magia i egzotyka w najczystszej postaci. Już pierwsze minuty w tym mieście pokazały, że jesteśmy w zupełnie innym świecie. Ledwie wyszliśmy z taksówki, którą przyjechaliśmy z lotniska, Julki omal nie stratował osioł, a ja o mało nie wpadłam pod motor, na którym jechała czteroosobowa rodzina z kilkoma wielkimi torbami pełnymi zakupów. Nim przeszliśmy 200 metrów do naszego riadu, cztery razy prawie straciliśmy życie. W wąskiej uliczce, w   medynie ruch był tak wielki, że nie potrafiliśmy się w nim odnaleźć. Wprawdzie samochody tu nie wjeżdżają, ale wszechobecne motory, pojawiają się nie wiadomo skąd,  osiołki z wozami wyładowanymi po brzeg różnymi towarami niemal depczą po stopach, a rowerzyści lawirują między wyłożonymi przez sprzedawców na ulicy misami, naczyniami na tagine, torebkami, przyprawami,  babuszami i ludźmi. Usiłując ujść z życiem, biegaliśmy z jednej strony na drugą, co zamiast pomóc, jeszcze pogarszało sytuację. W końcu ktoś życzliwy podpowiedział nam, że mamy iść prawa stroną, jeden za drugim, tuż przy ścianie. Uff, udało się. Żyjemy. Potem były jeszcze długie poszukiwania riadu. Nawigacja google zupełnie zwariowała, Tom Tom pokazywał nam, że mamy do niego 10 metrów, a i tak nie obyło się bez pomocy miejscowych. Gdy wreszcie udało nam się trafić, byliśmy wykończeni. Na nogi postawiła nas „berberyjska whisky” czyli  mocna, bardzo słodka miętowa herbata zaserwowana przez przemiłego właściciela riadu. Po krótkim odpoczynku, wyszliśmy na przechadzkę na skraj medyny. Tu ruch uliczny był jeszcze większy, bo jeździły też samochody. Nie uwierzycie, ale przez godzinę stałam w miejscu i po prostu patrzyłam na otoczenie. To było ciekawsze niż niejeden film w kinie. Już wtedy wiedziałam, że pokocham Maroko za jego odmienność od wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej. Niby byliśmy w krajach arabskich, w Turcji i w Egipcie, ale Maroko to jednak zupełnie coś innego.

Pewnie wielu z was pomyśli, że w mieście tak gwarnym i ruchliwym trudno jest wytrzymać. To prawda, po kilku dnach Marrakesz staje się męczący i bardzo wskazana  jest ucieczka, w jakieś spokojniejsze miejsce. Na pewno najgorzej jest latem, gdy nie dosyć, że wzrasta gwałtownie liczba turystów, to jeszcze doskwierają upały. W styczniu pod tym względem było wyjątkowo przyjemnie, w ciągu dnia temperatura przekraczała 20 stopni, a przyjezdnych nie było zbyt wielu. Przynajmniej nie tylu, żeby tłum gdziekolwiek nam przeszkadzał.

Na pewno od razu zauważycie, że dominującym kolorem w Marrakeszu jest czerwony. Miasto wybudowano z cegieł wypalonych z zabarwionej na ten kolor ziemi, dlatego często bywa nazywane Medinat al Hamra – Czerwone Miasto.

Wąskie uliczki świetnie zachowanej medyny są niezwykle fotogeniczne, zwłaszcza w miejscach oddalonych od głównych szlaków, gdzie nie ma turystów i  panuje spokój. Cisza jest taka, że słychać stukot kroków na ulicy. Kilkaset metrów dalej panuje taki gwar, ze nie słychać własnych myśli. To jeden z typowych dla tego miasta kontrastów. Świat jak sprzed tysiąca lat, a nieopodal nowoczesne hotele i centra handlowe. Zadziwiająca i fascynująca  mieszanka starego i nowego. Stare, choć nie zawsze piękne i pachnące, jest o wiele bardziej interesujące.

Wielu turystów porusza się tylko po głównych ulicach medyny, przy których znajdziemy najważniejsze zabytki,  bazary, restauracje i drogie hotele. Nie daje to absolutnie całościowego obrazu Marrakeszu. Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwe miasto, musicie ruszyć dalej. Koniecznie na piechotę, bo jeżdżąc autobusami czy taksówkami przegapicie wiele fascynujących miejsc. Trzeba będzie się trochę nachodzić, ale za to przygoda gwarantowana. Ja uwielbiam podglądać ludzi w codziennych sytuacjach, zobaczyć, jak żyją naprawdę, a tego nie da się doświadczyć w turystycznym centrum.

Teraz parę słów o kwestiach bezpieczeństwa. Pewnie wielu z was zastanawia się, czy zapuszczanie się w takie miejsca jest rozsądne. Przyznam, ze właśnie w nich czuliśmy  się o wiele bezpieczniej niż na głównych szlakach. Nikt nas nie zaczepiał, nie zachęcał do zakupów, nie musieliśmy uważać na kieszonkowców ani na szalony ruch uliczny. Właśnie z dala od centrum spotykaliśmy najbardziej bezinteresownych i życzliwych ludzi.

Zdziwiła mnie w całym Maroku jedna rzecz.  Do godziny 10 w każdym mieście medyna śpi.  Nie ma sensu zrywać się o 7 rano. Nie wiem, jak jest latem, ale w styczniu przed 10 zamknięte były nawet sklepy spożywcze, działały jedynie nieliczne bary.

Po późnym śniadaniu spokojnie możecie ruszyć na zakupy. A jest w czym wybierać. Orientalne lampy, talerze, stroje, niedrogie wyroby skórzane, pachnące przyprawy kuszą, oj kuszą. Zakupy nie są łatwe, ze sprzedawcą trzeba się targować. Często są to długie negocjacje, pełne dąsów i fochów, szyderczych uśmiechów i ironicznych komentarzy, ale gdy w końcu uda się dobić targu, i Wy, i handlarz, będziecie zadowoleni.

Medyna sama w sobie jest niewątpliwie największa atrakcją Marrakeszu i  zwyczajne chodzenie po jej uliczkach sprawia wiele radości, ale nie można zapominać o atrakcjach, jakie znajdują się na jej terenie. Zacznę od garbarni skór. Te najsłynniejsze znajdziecie wprawdzie w Fezie, jeśli jednak się tam nie wybieracie, zobaczcie przynajmniej, co ma pod tym względem do pokazania Czerwone Miasto.

Garbarnie znajdują się jakieś 2,5 km od placu Dżamaa el Fna, trudno tam trafić samodzielnie. Nas zupełnie bezinteresownie zaprowadził jakiś Marokańczyk. Szliśmy , a raczej biegliśmy za nim, bo tutejsi mieszkańcy są niezwykle szybcy, przez biedną dzielnicę, w której toczyło się zwyczajne życie. Bez turystów, pamiątek, atrakcji. Łatwo było poznać, że jesteśmy blisko celu po smrodzie jaki panował wokół. Garbarnia nie jest duża, podobno barwienie skór odbywa się tylko w poniedziałki, gdy do Marrakeszu przyjeżdżają Berberowie czyli ludzie z gór.

Praca w takim miejscu jest niewyobrażalnie ciężka, ale więcej o tym napiszę w artykule poświęconym Fezowi. Smród jest powalający, każdy zwiedzający dostaje tu gałązkę świeżej mięty, którą powinien trzymać pod nosem. Tradycyjnie zostaliśmy zaproszeni do sklepu w wyrobami ze skóry, ale nic w nim nie kupiliśmy. Za zwiedzanie garbarni zapłaciliśmy100 dirhamów za 5 osób.

Kolejne interesujące miejsce  to Muzeum Marrakeszu. Prawdę mówiąc najciekawszy jest budynek,  czyli bogato zdobiony pałac z XIX wieku, który był własnością ówczesnego ministra obrony. Główną jego część stanowi piękny zadaszony dziedziniec z ogromnym żyrandolem. Wokół znajdują się mniejsze sale z dziełami sztuki lokalnych artystów. Wielka sztuka to nie jest, ale architektura pałacu zachwyca.

Jedyne miejsce, które w Marrakeszu odebrałam negatywnie, to sławny, wpisany na Listę UNESCO plac Dżamaa el Fna. Co wieczór odbywa się tu wielki targ ze stoiskami z jedzeniem. Wokół gromadzą się różnego rodzaju handlarze, zaklinacze węży, uliczni artyści itd. Zbiera się taki tłum, że szpilki nie sposób wetknąć. Chaos, bałagan, brud i smród. Absolutnie mnie to miejsce nie przekonało. Komercja w najgorszej postaci. Tu wszystko jest na sprzedaż. W ciągu dnia jest spokojniej, ale i tak wszędzie słychać nawoływania dręczycieli  zwierząt, którzy namawiają, by zrobić sobie fotkę z wężem czy małpką na łańcuchu. Przygnębiający widok.

Jedyny atut tego miejsca to dla mnie tanie i przepyszne soki owocowe, zwłaszcza ten ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Przyznam szczerze, że nigdzie nie piłam lepszego. Cena – 1,20 zł za 250 ml jest wręcz niewiarygodnie niska.

Za to oczarował mnie piękny Pałac Bahia. To zabytek zdecydowanie młodszy niż większość budynków w mieście. Pochodzi z XIX wieku.  Kiedyś był podobno jednym z najpiękniejszych pałaców na świecie, potem popadł w ruinę. Od niedawna jest systematycznie restaurowany.  Bogato zdobione sufity, mozaiki i okiennice świadczą o ogromnym przepychu, który niegdyś tu panował. Piękny przykład architektury marokańskiej. Wstęp kosztuje 70 d, dzieci 40.

Okolica pałacu czyli Plac Ferblantiers i przylegające do niego ulice są inne niż medyna. Więcej tu przestrzeni i kolorów.

Arka Noego na kółkach.

Dosyć popularnym wśród turystów miejscem są Grobowce Saadytów  czyli nekropolia władców jednej z najważniejszych w historii Maroka dynastii. Najbardziej wystawne miejsce spoczynku należy do Ahmada I al-Mansura – głównego budowniczego obiektu. Miejsce jest piękne, kunsztowne zdobienia  zachwycają, ale uważam, że cena 70 d za wstęp to o wiele za dużo. Grobowce są niewielkie i całość można przejść w 15 minut. My przyszliśmy tu tylko dlatego, że słynna medresa (czyli szkoła kanoniczna) Alego ibn Jusufa jest w remoncie, a chcieliśmy oprócz pałacu zobaczyć jeszcze inne budynki w marokańskim stylu. 

W pobliżu grobowców znajduje się brama Bab Agnau. W dawnych czasach było to reprezentacyjne wejście na teren medyny. Obok znajdowała się kasba czyli ogromny ufortyfikowany obiekt,  mieszczący stary pałac, magazyny i koszary dla wojska strzegącego władcy. Po kasbie pozostał niestety tylko mur. Brama jest za to dobrze zachowana i bardzo ładna, a uroku dodają jej gniazdujące na szczycie bociany.  Mur też jest imponujący.

Koniecznie wybierzcie się do Ogrodów Majorelle i to obowiązkowo pieszo. Wprawdzie z placu Dżamaa to prawie 4 kilometry, ale dzięki takiemu spacerowi najlepiej dostrzeżecie ogromne różnice społeczne. Zaraz po wyjściu z medyny wchodzi się w biedną, niezbyt ciekawą dzielnicę. Nie ma tu nawet asfaltu. Kawałek dalej wkraczamy w inny świat. Luksusowe apartamentowce, równo przycięta trawa, pełno kwiatów, drogie sklepy itd. To właśnie tutaj mieszkał sławny projektant YS Laurent.

Ogrody stworzył malarz i projektant mebli Jacques Majorelle. Po jego śmieci przeszły na rzecz skarbu państwa i niszczały. W roku 1980 odkupił je YS Laurent  i cudownie odrestaurował. Projektant, zakochany w  Maroku mówił: „Zrozumiałem, że zakres kolorów, które używam, to kolory suków, galabiji i innych strojów tutaj poznanych. Śmiałość widoczną w moich projektach od tego czasu, zawdzięczam temu krajowi, jego harmonii, jego układankom, ferworowi jego kreatywności.”

Ogrody są przepiękne. To prawdziwa perełka, miejsc, gdzie można odpocząć od zgiełku pośród egzotycznej zieleni i architektonicznych detali w kolorze indygo. Polecam wybrać się tu rano, bo w godzinach południowych zbiera się spory tłum. na terenie ogrodów jest restauracja, sklep, a obok osobno płatne muzeum ISL, ale nie byliśmy zainteresowani zwiedzeniem go.  Wstęp do ogrodów kosztuje 70 d. Kolejka do kasy rano była niewielka, ale gdy wychodziliśmy liczyła ponad 50 metrów. Podobno latem jest kilka razy dłuższa.

 

Odpocząć i pospacerować można też w przyjemnym parku Lalla Hasna obok sławnego meczetu Koutoubia. Niestety, do meczetów niewierni nie mają wstępu, więc można go oglądać jedynie z zewnątrz. Wyjątek w Maroku stanowi Meczet Hasana II w Casablance.

W  tym parku zdarzył się też prawdziwy cud, którego doświadczyła Sabina, ostatniego dnia w Maroku, tuż przed powrotem do Polski. Miała w portfelu banknot 200 d, mocno przedarty, którego nikt nie chciał przyjąć w żadnym sklepie ani w restauracji. Pomyślała, że przydałaby się taśma klejąca, ale w Maroku łatwiej jest kupić haszysz niż taśmę. Gdy szła przez park, zastanawiając się, co z tym pieniądzem zrobić, nagle poczuła, że coś ją uderzyło w kostkę. Nie uwierzycie, ale była to taśma klejąca, cała rolka. Kompletnie  nie wiadomo, skąd się nagle potoczyła, bo wokół były tylko drzewa, krzewy i parkowe alejki. Ja uważam, że zesłał go Allach, po tym jak w Fezie żeńska część naszej ekipy przyjęła błogosławieństwo w meczecie (o tym pędzie przy okazji wpisu o Fezie). A tak swoją drogą, skoro pragnienia Sabiny czasem się spełniają, to mogła przynajmniej pomyśleć o jakimś wypchanym portfelu, a nie o banalnej taśmie klejącej. Oczywiście w pierwszym sklepie sklejony banknot został przyjęty bez problemu.

Marrakesz, ach Marrakesz. Miejsce pełne magii, jak z Baśni 1000 i jednej nocy. Zbliża się wieczór. Głosy muezzinów nawołujących do modlitwy mieszają się z pokrzykiwaniami sprzedawców i dźwiękiem fletów, na których zaklinacze węży wygrywają hipnotyzujące melodie. Słońce w blasku czerwieni, tak ściśle związanej z tym miastem,  chowa się za górami Atlas. Pora na kolację. Najlepiej w jednej z tych restauracji, które z dachu oferują zniewalający widok na miasto. Przy parującej herbatce miętowej można się zadumać nad pięknem i bogactwem świata i wchłaniać niezwykłą atmosferę. Ja w takich chwilach zawsze sobie myślę, że jestem niezwykle szczęśliwym człowiekiem, któremu dane jest oglądać te cuda. Świat nieustannie mnie zachwyca. Im więcej podróżuję, tym bardziej szanuję i podziwiam odmienność różnych kultur i mam nadzieję, że pomimo postępującej unifikacji uda się ją zachować.


2 Komentarze

EwianT · 15 lutego 2020 o 22:14

Fantastyczne zdjęcia i piękne, napisane od serca teksty. Zdaje się, że jesteś nauczycielką języka polskiego? Da się wyczuć, że dużą wagę przywiązujesz do języka. Czy można prosić o kilka podpowiedzi dotyczących fotografii? Jakim sprzętem robisz zdjęcia i w jakim programie je obrabiasz?

    Beata · 16 lutego 2020 o 21:18

    Ewian, robię zdjęcia lustrzanką Canona EOS 760. Mam trzy obiektywy: zmiennoogniskowy 18-135 , stałoogniskowy 50 m i szerokokątny 10-18 , wszystkie Canona. Do obróbki stosuję klasycznego Photoshopa, choć większość uważa , że Lightroom jest lepszy. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.