Podróż do Fezu to nie pokonanie odległości, a przeniesienie się w czasie. Nigdy wcześniej żadne inne miejsce nie dało mi poczucia, że jestem w innej epoce, że cofnęłam się o jakieś tysiąc lat. W tutejszej medynie od jej powstania prawie nic się nie zmieniło. Według dostępnych historycznych dokumentów, właśnie tak wyglądał Fez w średniowieczu. Od tamtego miasta odróżniają go jedynie  anteny satelitarne na dachach.

Miasto zostało założone przez Idrisa I w dolinie pośród gór w VIII wieku, ale to jego syn, Idris II uczynił z niego stolicę Maroka w roku 807. W miarę jak wyrastały domy, meczety, uniwersytety, rósł splendor Fezu, który stał się głównym ośrodkiem gospodarczym, religijnym i kulturalnym państwa.  Historia jednak jest zmienna i po latach tłustych, przyszły chude. Stolicę przeniesiono do Marrakeszu, a Fez podupadł. Ciągłe konflikty z pogańskimi Berberami, którzy ostatecznie przeszli na islam, i z  często nieakceptowanymi przez mieszkańców władcami, doprowadziły miasto niemal do ruiny. Choć potem znowu nastały lepsze czasy, to już nigdy do dawnej świetności miasto nie powróciło. Wprawdzie odzyskało na pewien okres tytuł stolicy, ale ostatecznie utraciło go w 1956 na rzecz Rabatu.

Fez jest miejscem specyficznym, wielu przyjezdnych nie potrafi go polubić. Tu przeżywa się szok kulturowy. Człowiek zadaje sobie pytanie: naprawdę w XXI wieku  ludzie mogą tak żyć? Mroczna, brudna i ciasna medyna wywołuje przygnębiające wrażenie. W panującym tu półmroku widzi się głównie odrapane ściany, niemal pozbawione okien. Labirynt uliczek, których jest ponad 9 tysięcy, niespotykany nigdzie indziej na świecie, sprawia, że łatwo poczuć się zagubionym, bezradnym i zupełnie odizolowanym od cywilizacji. Tę mroczną  atmosferę pogłębia fakt, że mieszkańcy nie sprawiają wrażenia zbyt sympatycznych, zwłaszcza ci starsi. Uchodzą na ponurych, podejrzliwych, nieufnych i bardzo konserwatywnych. Negocjacje cen w sklepach przebiegają w napiętej atmosferze, na uśmiech racze nie ma co liczyć. Nawet wśród pozostałych Marokańczyków mieszkańcy Fezu mają opinię trudnych i aroganckich kontrahentów.

Mieszkańcy medyny kurczowo trzymają się tradycji. Podobno są wśród nich tacy, którzy nigdy poza stare mury miejskie nie wyszli.  Wynika to z zasad,  jakie sobie narzucili, są one wyrazem sprzeciwu przeciwko nowoczesności.

W medynie nie ma prawdziwych ulic, większość z nich pokrywa bruk albo po prostu jest tu klepisko. Żadne pojazdy tu nie jeżdżą, nawet rowery spotyka się rzadko, bo po pierwsze uliczki są klaustrofobicznie wąskie, a po drugie zwykle bardzo strome, zabudowane schodami. Osiołki wożące towary  często mają problem z wciśnięciem się w niektóre miejsca. Ba nawet człowiek ma z tym problem! W niektórych uliczkach jest tak wąsko, ze ledwie mieści się jedna osoba. Ten kto ma klaustrofobię, będzie czuł się w Fezie strasznie. Wszystko, co się porusza wewnątrz murów chodzi pieszo, nie słychać więc silników ani klaksonów. Za to doskonale słychać muezinów nawołujących pięć razy dziennie do modlitwy. Każdy meczet, a jest ich w mieście prawie tysiąc, ma swojego, wyobraźcie wiec sobie tę kakofonię dźwięków.

Mieszkańcy żyją w trudnych warunkach. Mają problem z wodą, nie tą do picia ale  do gaszenia pożarów. Gdy wybuchnie ogień, nie ma go czym ugasić, bo hydranty w medynie nie istnieją. Na dodatek straż pożarna tu nie wjedzie. Druga sprawa to dostęp do opieki medycznej. W medynie nie ma szpitala, gdy ktoś potrzebuje lekarza w trybie natychmiastowym, nie ma szans, by ten dotarł na czas. Karetka nie wciśnie się w wąskie zakamarki. Starsi mieszkańcy medyny wyglądają na bladych i schorowanych, trudno się dziwić, bo słońce nigdy tu nie dociera. Ich styl życia jest przeszłością i właśnie to, obok starych budynków stanowi o atrakcyjności miasta. Po kilku godzinach pobytu w tym miejscu i po pierwszym szoku, zmysły powoli przyzwyczajają się do nowego otoczenia. Choć świat wokół wygląda nędznie, staje się coraz bardziej fascynujący. Najstarszą częścią medyny jest Fez el Bali,  to w niej najpełniej przeżyjecie podróż w czasie.

Połowa mieszkańców medyny to  rzemieślnicy, którzy pracują tak, jak przed wiekami. Garbują i barwią skóry, czeszą wełnę, przędzą z niej dywany i koce, z drzewa cedrowego wytwarzają dekoracyjne elementy budynków.

Są oczywiście w medynie miejsca bardziej reprezentacyjne. Czyste bazary, piękne riady, drogie restauracje, a nawet szersze ulice. Ta bardziej elegancka część znajduje się wokół meczetu Al-Karawijjin.

Nie znam Fezu poza medyną. Jestem jak jej mieszkańcy, właściwie podczas dwóch spędzonych tu dni nie wystawiłam nosa za mury starego miasta. Może dlatego wydało mi się one tak mroczne i przygnębiające. Nie polubiłam go i na początku myślałam, że nie jest to miejsce, do którego chciałabym kiedyś wrócić. Teraz, po miesiącu od przyjazdu z Maroka, moja fascynacja tym miastem rośnie. Rośnie też ciekawość, jaki jest nowy Fez, ten za murami medyny, pełen nowoczesnych osiedli i samochodów, który  widziałam jedynie zza szyby wypożyczonego auta.  A sama medyna też wydaje się coraz bardziej niezwykła. I tak sobie ostatnio myślę, ze jednak chciałabym kiedyś jeszcze do Fezu wrócić.

Już jadąc do Maroka z góry ustaliliśmy, ze medynę w Fezie zwiedzimy z lokalnym przewodnikiem. Nie chcieliśmy iść  jedynie główną trasą, wzdłuż najbardziej znanych atrakcji, bo to mogliśmy zrobić sami, ale zagłębić się w labirynt tajemniczych uliczek, dotrzeć do miejsc rzadko przez turystów odwiedzanych. I udało się. Nasza wycieczka trwała 5 godzin, zrobiliśmy podczas niej 12 kilometrów, pokonaliśmy setki schodów, dotarliśmy w miejsca opuszczone, brzydkie i śmierdzące, ale była niezapomniana, bo zobaczyliśmy prawdziwe życie, a nie tylko atrakcje znane z fotek.

Oto, co zwiedziliśmy z naszym przewodnikiem.

Dar ba Mohamed Fergui czyli opuszczony pałac. Zawsze marzyłam o odwiedzeniu takich miejsc. Niedawno udało nam się to w Polsce, w Bożkowie, o czym pisałam tutaj, ale nie sądziłam, że będzie to możliwe także w Maroku.  Pałac pochodzi z początku XX wieku i już od kilkudziesięciu lat stoi pusty. Niedawno kupił go zamożny szejk z Arabii Saudyjskiej, który ma zamiar przekształcić go w luksusowy hotel. Wiele pomieszczeń jest zrujnowanych, ale niektóre zachowały się w znakomitym stanie i pozwalają wyobrazić sobie, jak ten budynek wyglądał w czasach swojej świetności. Z zewnątrz pałac niczym się nie wyróżnia od sąsiednich domów, ot, odrapany mur i kilka miniaturowych okien. W środku wita nas wspaniałe patio, które na pewno będzie główną atrakcją hotelu.

Garbarnie skór

To jedno z tych miejsc, które choć śmierdzące, obskurne i brudne, to jednak przyciągają zwiedzających jak magnez.  W Fezie jest kilka garbarni, w każdej archaiczny proces obrabiania skór przebiega tak samo. Najpierw oddziela się od skóry resztki mięsa, potem zmiękcza ją przez 7 dni w moczniku, następnie suszy, wygładza i barwi. Zajmuje to łącznie około miesiąca. To niewyobrażalnie ciężka praca, rujnująca zdrowie. Zwiedzający dostają gałązkę mięty do trzymania pod nosem, by trochę zniwelować fetor. Prawdę mówiąc w styczniu nie było tak źle, ale latem smród pewnie jest powalający.

Meczet

Nie pamiętam zupełnie, jak się ten niewielki meczet nazywał, ale w związku z nim doświadczyliśmy czegoś kompletnie niedostępnego dla turystów. Nie tylko mogliśmy wejść na jego teren, gdzie normalnie niewierni wstępu nie mają, ale wspięliśmy się na wieżę minaretu, a żeńska część naszej ekipy nawet przyjęła błogosławieństwo od żony imama. Mogliśmy też posiedzieć w tradycyjnym muzułmańskim mieszkaniu i spróbować przeraźliwie słodkich domowych ciasteczek. Niesamowite doznanie!

Przeszliśmy też z przewodnikiem przez dziesiątki wąskich uliczek, w niektórych ledwie się mieściłam, pora chyba zrzucić parę kilo.

Odwiedziliśmy liczne warsztaty rzemieślnicze, byliśmy u stolarza, piekarza, w niewielkiej wytwórni barwników do farbowania skór, w warsztacie tkackim itd. Ręczna praca nie zmieniła się tutaj od tysiąca lat.

Byliśmy nawet w przedszkolu, gdzie dzieci zaśpiewały nam piosenkę po angielsku.

Widzieliśmy nieliczne miejsca ładne miejsca: bazary przy głównych drogach, Meczet Al-Karawijjin i Mauzoleum Idrisa II. Oczywiście jako niewierni nie mogliśmy wejść do środka, ale udało się zrobić z progu kilka fotek ukazujących zachwycające wnętrza. Przeszliśmy także koło pięknej fontanny Nejjarine. Pamiętajcie, że tradycyjne arabskie fontanny nie przypominają naszych, są to po prostu krany umieszczone  w bogato zdobionych kolorowymi kafelkami wnękach.

Byliśmy na wzgórzach za miastem, gdzie znajdują się ruiny dawnego pałacu i grobowce. Roztacza się stąd świetny widok na Fez. Niestety na pierwszym planie widać slumsy, koło których przechodziliśmy. Bieda poraża. Bezdomni żyją nawet w  jaskiniach na terenie wzgórz. A w tle pięciogwiazdkowy hotel. Świat pełen kontrastów.

Myślę, że zwiedzanie Maroka bez Fezu nie daje pełnego obrazu tego kraju. Na pobieżne zapoznanie się z miastem wystarczą Wam dwa dni, jeśli jednak chcecie poznać je głębiej, to za mało. Choć Fez bywa brudny i odrapany, nie musicie niczego się obawiać, poziom bezpieczeństwa jest taki sam jak w innych marokańskich miastach.

 

 

 


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.