Essaouira, znana także jako As-Suwajra,  to jedno z najpiękniejszych miast na marokańskim wybrzeżu. Do XVIII wieku nosiło ono nazwę Mogador. Przez setki lat było tu centrum handlu niewolnikami, kością słoniową, drogocennymi kruszcami, a także czerwonym barwnikiem, wytwarzanym ze ślimaków. Kupcom zależało na bezpieczeństwie, więc Mogador został otoczony wysokimi murami obronnymi i wyposażony w armaty skierowane na morze, na wypadek, gdyby przybysze chcieli go splądrować. W późniejszych czasach  miasto upodobali sobie piraci, a w latach 70-tych ubiegłego wieku hipisi. Podobno w 1969 roku  sam Jimmy Hendrix urządzał tu na plaży spontaniczne koncerty. Dzisiaj Essaouira żyje głównie z turystyki i handlu rybami. To mekka surferów, ocean w tym miejscu jest naprawdę dziki, a fale ogromne. Do tego niemal zawsze wieje tu silny wiatr, który latem łagodzi upały.

Region, w którym znajduje się Essaouira, czyli Sus, to jedyne miejsce na świecie, gdzie rosną drzewa arganowe. Wytwórnie sławnego olejku znajdują się w całej okolicy. Większość z nich można zwiedzać.

W mieście panuje spokój i swobodna atmosfera. Nie ma tu nachalnych sprzedawców, więc podczas zakupów nie czułam się osaczona, jak to nieraz miało miejsce w Marrakeszu czy Fezie. Odniosłam wręcz wrażenie, że kupcy zazwyczaj ucinają sobie w pracy drzemkę i budzą się dopiero, gdy się ich o coś zapyta. Na ulicach też spokojniej, nie ma  motocyklistów, setek tysięcy aut ani tłumu turystów. Po kilku cudownych, ale zupełnie szalonych dniach w Marrakeszu,  tutaj naprawdę odpoczęliśmy.

Urodę tego miejsca docenili też filmowcy. Takie hity jak „Aleksander”, „Otello”, „Królestwo niebieskie” czy „Gra o tron” były kręcone właśnie  w Essaouirze.

Choć Essaouira leży w państwie muzułmańskim, jest wielokulturowa i wieloreligijna. Społeczność żydowska była tu bardzo liczna, do dzisiaj zachowały się niektóre synagogi (kiedyś było ich tu prawie 50) i cmentarz. Liczną grupę stanowili też chrześcijanie, głównie portugalscy kupcy. To dzięki współpracy wyznawców tak różnych religii, miasto wspaniale się rozwijało i zachowało.

Miasto jest bardzo urokliwe, całe utrzymane w  białych i niebieskich kolorach. Ocean z licznymi skalistymi wysepkami i postrzępionym wybrzeżem tworzy niezwykle malownicze tło dla murów obronnych, fortyfikacji i rybackiego portu, pełnego kobaltowych łódek. Te ostatnie wyglądają na zbyt delikatne, by wypływać nimi na ocean, ale to właśnie one głównie służą mieszkańcom do połowów, a nie solidne kutry.

Główną atrakcją miasta są forty, które tworzą niespotykany krajobraz i atmosferę. Skala de la Ville został zbudowany wprost nad klifem. Roztacza się z niego widok na burzliwy ocean i skaliste wyspy pełne ptaków. Można tu stać, albo usiąść na murach  i godzinami patrzeć w dal.

Drugi fort, Harbour Scala, znajduje się kilkaset metrów dalej, przy porcie. Miejsce jest bardzo fotogeniczne, widać stąd imponujące mury miejskie. Wokół latają setki mew i innych ptaków morskich, pachnie oceanem i rybami, co nie zawsze jest przyjemne. Sam port jest przepiękny. Na jego terenie zlokalizowane są prowizoryczne restauracje. Można wybrać sobie dowolną rybą prosto z kutra i poprosić o jej usmażenie. Niektóre wyłowione stwory morskie wyglądają naprawdę dziwnie.

W mieście, jak w całym Maroku,  nie brakuje kotów. One również chętnie przychodzą na kolację do portu.

Bezkresna, piaszczysta plaża dopełnia sielankowej atmosfery. Idealnie nadaje się do tego, by spacerować po niej  godzinami. Podobno latem jest tu sporo ludzi, ale tłumu plażowiczów i parawanów nie musicie się obawiać. Można rozłożyć się na własnym ręczniku albo skorzystać z leżaka i parasola, które nawet teraz, w styczniu można było wypożyczyć. Zejście do wody jest łagodne. My wprawdzie pomoczyliśmy tylko stopy, ale widzieliśmy kilka kąpiących się osób, które były całkiem daleko od brzegu i woda sięgała im do pasa. Wysokie fale mocno się tutaj wypłaszczają, więc wydaje się, że to dobre miejsce na wypoczynek z dziećmi.  Latem możliwość uprawiania sportów wodnych jest podobno bardzo szeroka. Szczególną popularnością cieszy się plażowa piłka nożna. Miejscowi chętnie zapraszają do wspólnej gry, więc mieszane drużyny   widzieliśmy nawet w styczniu. Marokańczycy naprawdę lubią football i to bez względu na wiek. Razem z nastolatkami w drużynach grają lokalni dziadkowie.

Wzdłuż plaży ciągnie się przyjemny deptak, jest sporo kawiarni i restauracji.

Tutejsza medyna, wpisana na Listę UNESCO, jest zupełnie inna niż w  Marrakeszu czy Fezie. Ma znacznie szersze ulice, jest jasna i nie tak gwarna. Trudno się w niej zgubić, co wynika nie tylko z mniejszych rozmiarów, ale przede wszystkim z architektury. To nie jest chaotyczny labirynt, ale logicznie zaprojektowane miejsce, które na dodatek jest zaskakująco czyste  Zasługa w tym francuskiego architekta, Théodore Cornuta, który w XVIII wieku, na zlecenie sułtana Sidi Mohammeda V zaprojektował miasto opierające się na europejskim modelu urbanistycznym. Efektem jego pracy jest część medyny, w której zlokalizowana była siedziba sułtana, a także fortyfikacje.

Na bazarach można kupić dosłownie wszystko. Ceny wydały mi się niższe niż w Marrakeszu, a co najważniejsze atmosfera zakupów znacznie przyjemniejsza. Mimo że z medyny oceanu nie widać, od razu można zorientować się, że jesteśmy w krainie surferów. W wielu sklepach można kupić deski surfingowe.

Essaouira leży około 200 km od Marrakeszu. My przyjechaliśmy  wynajętym samochodem, ale z Czerwonego Miasta łatwo dostać się tu również  grand taxi lub autobusem. Ten ostatni jedzie 3 godziny i kosztuje niecałe 100 dirhamów. Wielu turystów przybywa do Essaouiry tylko na jeden dzień, jednak moim zdaniem to także doskonałe miejsce na dłuższy wypoczynek. My spędziliśmy tu 3 dni i przyznam, że chętnie pobyłabym dłużej. Nie chodzi o moc atrakcji do zwiedzania, bo tych wcale nie ma dużo, ale o ogólną atmosferę, jak tu panuje.

Trafiliśmy na dzień dzień odwiedzin króla, w związku z tym w całym mieście wisiały flagi i było bardzo dużo przyjezdnych. Na drodze dojazdowej staliśmy nawet w korku, ale  na miejscu, w medynie,  gdzie wynajmowaliśmy apartament było zupełnie pusto. Wszyscy mieszkańcy poszli oglądać króla na główny plac.

Jeśli przyjedziecie do Essaouiry na dłużej, wybierzcie się koniecznie na wycieczkę do położonego około 20 kilometrów na południe maleńkiego miasteczka Sidi Kaouki.  Miasteczko to zbyt szumna nazwa dla tego miejsca, bo znajdziecie tu zaledwie kilka hoteli i barów, ale za to całkiem sporo szkółek surfingowych.  Miejsce określane bywa jako marokańska Kalifornia i słynie z wysokich fal. Nawet jeśli nie uprawiacie żadnych sportów wodnych, tu naprawdę odpoczniecie od zgiełku, a plażę będziecie mieć niemal na wyłączność. Przy wjeździe do Kaouki znajduje się wytwórnia olejku arganowego, którą można zwiedzać bezpłatnie. Poza tym nie ma tu prawie nic, jedynie piękna plaża, wielbłądy, drzewa arganowe i wiatr. Super miejsce!

Wieczorem koniecznie wróćcie jednak do Essaouiry na zachód słońca.  Widok z twierdzy jest po prostu zniewalający. Na murach gromadzą się ludzie, przychodzący tu każdego dnia, by oglądać najpiękniejszy spektakl natury. Gama barw zmienia się  błyskawicznie, od fioletów i purpury do czerwieni i ciepłej żółci. W powietrzu unosi się lekka mgiełka, która tylko dodaje urody temu widowisku. Wokół latają mewy, a fale z furią rozbijają się o skały. Magiczna chwila, która na zawsze zapada w pamięć.


2 Komentarze

Zajączek · 22 lutego 2020 o 23:24

Jak zwykle piękne opisy, piękne zdjęcia. Oglądam i czytam z wielką przyjemnością.

    Beata · 27 lutego 2020 o 19:10

    Aż się zarumieniłam, Zajączku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.