W Tatrach rośnie kilkaset milionów krokusów, na samej Polanie Chochołowskiej jest ich podobno prawie 60 mln. W wielu miejscach utworzyły one gęste kępy, które w okresie kwitnienia wyglądają jak z bajki. W internecie można zobaczyć zdjęcia fioletowych dywanów, które na tle ośnieżonych gór prezentują się spektakularnie. Kiedy można je oglądać? Gdzie? I jak się tam dostać? Dzisiaj poradnik dla tych, którzy planują wyjazd „na krokusy” i relacja z naszego wyjazdu.

Krokus czyli szafran jest pod ochroną, a to oznacza, że nie wolno go zrywać, niszczyć ani deptać.  Niestety, turyści często ten fakt lekceważą i bezmyślnie wchodzą na krokusowe łąki  pomiędzy kwiaty. Niektórzy nawet kładą się wśród krokusów, by zrobić sobie selfie. Z tego powodu w wielu miejscach w Tatrach pojawiły się tabliczki z zakazem wchodzenia na łąki. Porządku pilnują też wolontariusze, którzy upominają niepokornych. Od czasu do czasu można też spotkać strażnika, a ten ma prawo do wystawienia mandatu. Trudno się dziwić tym wszystkim ograniczeniom, w okresie kwitnienia krokusów Tatry przezywają prawdziwy najazd turystów.

Kiedy przyjechać, bu zobaczyć polany kwitnących kwiatów? Pory kwitnienia w poszczególnych latach są różne, wszystko zależy od panującej aury, jednak niemal zawsze są to dwie pierwsze dekady kwietnia, a w latach szczególnie ciepłych ostatnie dni marca. Najlepiej śledzić doniesienia na stronie akcji Hokus-krokus albo na stronie schroniska na Polanie Chochołowskiej.

Na wycieczkę wybierzcie słoneczny dzień, gdyż tylko wtedy krokusy będą pięknie rozwinięte. W dni pochmurne kwiaty często w ogóle się nie otwierają. Ważne też, by przed waszym przyjazdem była ładna pogoda , gdyż deszcz czy śnieg potrafią bezpowrotnie zniszczyć krokusy. Oba te niefortunne przypadki miały miejsce w tym roku podczas naszej wycieczki i tak naprawdę z fioletowych dywanów wyszły nici.

Uwaga! Nawet jeśli będzie cudowne słońce i temperatura 20 stopni, ubierzcie się stosownie do wyprawy w góry. Wszystkie najpiękniejsze  rozległe kwiatowe łąki znajdują się przy  szlakach, na wysokości ponad 1000 metrów.  To oznacza, że  w wielu miejscach na drodze jest śnieg i lód. Dobre górskie buty na grubej podeszwie to podstawa.

Najpopularniejszym krokusowym miejscem jest Polana Chochołowska. Swoją sławę zawdzięcza nie tylko najpiękniejszym fioletowym dywanom, ale też reklamie w mediach. Co roku jest  o niej bardziej głośno, wiec podczas weekendów bywa tu na szlaku nawet 40 tysięcy ludzi. Zwłaszcza w weekendy. W kolejce do kasy biletowej przy wejściu na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego stoi się nawet 2 godziny, a zagęszczenie na drodze jest większe niż na Krupówkach w szczycie sezonu. Większość przybywających do Doliny Chochołowskiej ludzi nie ma pojęcia, gdzie rosną krokusy i jak długa wędrówka na Polanę ich czeka, by zobaczyć szafranowe łąki. Wielu na widok pierwszych kwiatów na Polanie Siwej pyta: to już? W kwestii wyjaśnienia: Dolina Chochołowska od wjazdu z drogi nr 958 ma ponad 11 kilometrów, by zobaczyć to, co najpiękniejsze, trzeba dotrzeć  na sam jej koniec czyli Polanę Chochołowską. Obowiązuje tu zakaz wjazdu samochodami, więc można to zrobić pieszo, wypożyczyć rower (ok 35 zł na dzień) albo dojechać bryczką konną ( ok 50 zł od osoby). Dolina składa się z kilku polan: pierwsza, ta na początku, to Siwa, bardzo rozległa. Tu znajdują się parkingi, bary, restauracje. Pojedyncze kwiaty i niewielkie ich kępy można zobaczyć już tutaj.  Mniej więcej pośrodku  doliny jest niewielka Polana Huciska, tuż za nią znajduje się pierwsze krokusowe pole z prawdziwego zdarzenia. Do tego miejsca prowadzi asfaltowa, zupełnie płaska droga. Dalej droga jest kamienista, nadal bardzo łatwa, jedynie tuż przed Polaną Chochołowską mamy niewielkie podejście. Te najpiękniejsze kwietne łąki, pokazywane w telewizji i fotografowane częściej niż miss world znajdują się właśnie tutaj. Przejście całej trasy od parkingu zajmuje 2 godziny.

My wybraliśmy się na krokusy 12 kwietnia. Od początku wiedzieliśmy, że to bardzo zły termin, bo prognozy pogody na cały weekend były fatalne i nie liczyliśmy na krokusowe szaleństwo. Chcieliśmy jednak miło spędzić urodziny Artura na wyjeździe w góry, a na dodatek ja bardzo potrzebowałam oderwać się od gęstej atmosfery strajkowej w szkole, więc z pełną świadomością, ze z pieszych wędrówek w ogóle może nic się nie udać, pojechaliśmy.

Po drodze przeżyliśmy zamieć śnieżną, ale przed zmrokiem dotarliśmy na parking Witów- Siwa Polana, gdzie stanęliśmy naszym kamperem i zostaliśmy na noc. Po urodzinowej kolacji w klimatycznej Leśniczówce u Zięby,  byliśmy w Dolinie prawie sami. Zapadła spokojna i cicha noc, tego właśnie potrzebowałam najbardziej. O 5 rano obudził nas śpiew ptaków. Gdzie tam śpiew! Cała stuosobowa ptasia orkiestra świergoliła na świerku tuż nad naszym dachem. Było to cudowne, ale oczywiście o dalszym spaniu nie było już mowy. Na dworze snuła się mgła, ale przynajmniej nie padało. O 7 15 wyruszyliśmy na szlak. Po mniej więcej kilometrze zobaczyliśmy pierwsze krokusowe poletko.

Od razu stało się jasne, ze wskutek padającego dzień wcześniej deszczu ze śniegiem część kwiatów została bezpowrotnie zniszczona. Łatwo to rozpoznać. Krokusy zamykają się na noc i robią to tak dokładnie, że żółty słupek znajdujący się w środku jest ściśle otulony przez płatki i w ogóle go nie widać.Gdy szafran ulega zniszczeniu , nie ma już możliwości dokładnego schowania słupka, więc jest on widoczny, mimo że płatki nie są rozwinięte. Tak niestety było tym razem. W drodze na Polanę pozostało nam więc podglądanie ptaków i wiewiórek. Julia uwielbia ptaki i jest całkiem dobra w ich rozpoznawaniu, więc co chwila mówiła: o zobaczcie gil, a tu sikorka.

Po drodze mijaliśmy kolejne krokusowe poletka, w tym jedno naprawdę duże, jakieś 00 metrów za Polaną Huciska, ale kwiaty wszędzie wyglądały marnie.

Droga na Polanę Chochołowską zajęła nam  1 godz. i 45 minut. Szczyty gór skrywała mgła, było zimno, a dywany krokusów mogliśmy zobaczyć tylko w wyobraźni. Julka była trochę rozczarowana, na szczęście pocieszyła się zdobyciem w schronisku pieczątki do książeczki GOT PTTK.

Im było później, tym robiło się zimniej. Nie czuliśmy tego na szlaku, bo jednak przejście ponad 20-kilometrowej  trasy mocno nas rozgrzało, ale gdy dotarliśmy z powrotem na parking zaczęło wiać i prószyć śniegiem. Możemy więc powiedzieć, ze pogoda i tak nam sprzyjała.

Kolejnego dnia obudziło nas słońce, wybraliśmy się więc na Polanę Kalatówki. Perspektyw na mnogość krokusów wprawdzie za bardzo nie było, bo Kalatówki leżą wyżej niż Chochołowska i w związku z tym jest tam chłodniej.  Podejrzewałam, że brzydka aura dokonała tam jeszcze większych zniszczeń.  Myliłam się, kwiaty nie były zniszczone, a po prostu z powodu zimna jeszcze nie zdążyły spektakularnie zakwitnąć.

Droga na Kalatówki jest znacznie krótsza niż na Polanę Chochołowską. Z Kuźnic, tuż obok kolejki na Kasprowy Wierch, prowadzi 1,5 kilometrowy szlak, jednak jest on miejscami dosyć stromy i pokryty kamieniami. Do samych Kuźnic nie można dojechać samochodem, trzeba zaparkować co najmniej 2 km wcześniej, ale można dojechać busem. Tak czy inaczej cała trasa jak na tatrzańskie szlaki jest łatwa  i krótka.

Tak jak pisałam, na Polanie Kalatówki w większości miejsc krokusy jeszcze nie zakwitły. Jedynie w osłoniętych i dobrze nasłonecznionych miejscach były piękne fioletowe kępy.

 

Udało się nawet zrobić Julce wymarzone zdjęcie na tle krokusów, ale zapewniam, że żaden kwiatek nie został przy tym rozdeptany. Córka leżała na ścieżce, kilkadziesiąt centymetrów od nich. Tak to już jest , że jak się chce mieć piękne zdjęcia szafranów, to trzeba klęknąć albo położyć się, warto więc zabrać z sobą worek na śmieci i rozłożyć go pod sobą, by uniknąć ubrudzenia. Pełni szczęścia naszej pociechy dopełniła kolejna pieczątka ze schroniska.

W drodze powrotnej, mimo lodowatego wiatru, zrobiliśmy sobie jeszcze spacer pod Nosal, a potem pojechaliśmy w stronę Chochołowa.

A teraz powiem Wam coś w tajemnicy: żeby obejrzeć polanki porośnięte krokusami, wcale nie trzeba iść daleko w góry. Wzdłuż drogi w okolicy Doliny Chochołowskiej rośnie ich całkiem sporo. To właśnie tutaj szafrany były w najlepszym stanie. Nie zostały zniszczone i ładnie rozkwitły. Nie spodziewajcie się w tym miejscu dywanów kwiatów, ale całkiem pokaźne poletka są. Zauważyłam, że krokusy rosnące przy drodze mają  o wiele jaśniejszą barwę niż te na górskich polanach.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku w czasie kwitnienia krokusów, aura nie spłata nam kolejnego figla i nie wróci zima, bo już zaplanowaliśmy, że przyjedziemy znowu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.