Wpisane na Listę UNESCO Wybrzeże Amalfitańskie to jedno z najpiękniejszych miejsc we Włoszech. Co więcej, nie zawaham się stwierdzić, że jedno z najpiękniejszych na świecie.  Wysokie klify niemal pionowo schodzące do morza, a na nich przyczepione jakimś cudem kolorowe domy i hotele. Surowe skały porośnięte ziołami, kwiatami, cyprysami i drzewkami cytrynowymi. Skalne tarasy pełniące rolę miniaturowych ogródków.  Niewielkie miasteczka wciśnięte między klify. No i morze…lazurowe, błękitne, granatowe. Do tego bezkresna przestrzeń i zawieszona nad urwiskiem Amalfitana- najpiękniejsza droga w Europie, a przy tym jedna z najbardziej niebezpiecznych.

Wybrzeże Amalfitańskie odwiedziliśmy dwukrotnie, zawsze w lutym i moim zdaniem to doskonała pora. Pogoda i tak jest piękna, można spokojnie liczyć na 15 stopni, zieleni nie brakuje, za to turystów jest niewielu, a w przypadku tego miejsca, tłum jak nigdzie indziej, może zepsuć nam podróż. Rzecz w tym, że wzdłuż całego wybrzeża prowadzi tylko jedna, wąska droga. W sezonie turystycznym jest ona tak zakorkowana, że nie sposób nigdzie dojechać. Na dodatek jest ogromny kłopot z parkowaniem. W miasteczkach takich jak Positano czy Amalfi znalezienie wolnego miejsca na samochód graniczy z cudem, ponieważ parkingów jest tutaj jak na lekarstwo. Może się okazać, ze zamiast zostawić samochód i iść zwiedzać Amalfi, będziecie musieli po prostu jechać dalej. Jeśli na parkingach nie ma wolnych miejsc, służby porządkowe zabraniają  zatrzymywania się i nakazują jak najszybszy wyjazd z miasteczka.  Nawet w lutym 2016 roku mieliśmy kłopot ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu. W tym roku wybraliśmy się więc na wybrzeże autobusem.

Która opcję bardziej polecam? Samochód czy autobus? Każda z nich ma swoje plusy i minusy.

Trzy lata temu, gdy byliśmy w Neapolu , wypożyczyliśmy samochód na kilka dni. Jazdy po samym mieście nie polecam, to jakbyście brali udział w rajdzie Dakar w towarzystwie miliona innych samochodów. Zawał,albo przynajmniej stan przedzawałowy gwarantowany. Jednak jazda po Kampanii należy raczej do spokojnych i przyjemnych. Wcześnie rano wyruszyliśmy w drogę i po niecałej godzinie byliśmy w Sorrento, skąd wjechaliśmy na Amalfitanę. Widoki były oszołamiające. Mimo tysiąca zakrętów, czuliśmy się bezpiecznie, bo z samochodu przepaści nie było prawie wcale widać. Mogliśmy się zatrzymać, gdzie chcieliśmy i podziwiać okolicę. Jedynie w Positano był problem ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu. Nigdzie nie musieliśmy się spieszyć i byliśmy w pełni niezależni.

W tym roku wybraliśmy się na Wybrzeże Amalfitańskie autobusem. Mieszkaliśmy w centrum Neapolu, więc dotarcie do celu zajęło nam sporo czasu. Najpierw metrem podjechaliśmy na dworzec centralny na Piazza Garibldi, stamtąd pociągiem Circumvesuviama dotarliśmy do Sorrento, a tam wsiedliśmy w autokar, który zawiózł nas do Amalfi. Droga w jedną stronę zajęła nam 2,5 godziny. Jada autokarem Amalfitaną to rzecz  tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Siedzi się wysoko, więc przepaść jest widoczna jak na dłoni. Zakręty tak wąskie, że autokar mieścił się w nich jedynie jakimś cudem. Jednak o dziwo, największych atrakcji dostarcza przejazd przez miasteczka. Jedyna prowadząca przez nie droga jest bardzo wąska, nie ma możliwości by zmieściły się na niej obok siebie dwa duże pojazdy, a to oznacza, że w przypadku mijanki jeden pojazd musi wycofać gdzieś, gdzie jest szerzej. Albo przejechać obok tego drugiego w odległości dwóch centymetrów. Wszyscy pasażerowie naszego autobusu z zapartym tchem śledzili poczynania kierowcy, który powinien dostać najwyższe odznaczenie państwowe za mistrzowską jazdę. Emocje gwarantowane! Niestety, jadąc do Amalfi autobusem, nie mamy możliwości zatrzymania się gdzie chcemy, wiec wielu ciekawych miejsc, tym razem nie zobaczyliśmy. No i musieliśmy liczyć się z czasem, tak by zdążyć wrócić na noc do Neapolu.

Co warto zobaczyć na Wybrzeżu? Gdzie się zatrzymać? Zapraszam Was w podróż, którą zaczniemy od strony Sorrento. Po przejechaniu w poprzek Półwyspu Sorrentyńskiego, znajdziecie się w San Pietro, gdzie rozpoczyna się Amalfitana. Początkowo droga wiedzie przez teren dziki, zupełnie niezamieszkany. U stóp potężnego urwiska znajduje się kilka ładnych plaż, ale do niektórych można dostać się tylko od strony morza. Pierwszym mijanym miasteczkiem jest Positano.

Positano zachwyca. Kolorowe domy wydają się stać jeden na drugim. Stoją ściśle  przy sobie jakby wzajemnie chroniły się przed upadkiem. Mają tarasy albo niewielkie baseny na dachach. Pomiędzy nimi wije się jedynie wąska doga,  dobra dla skuterów i motocykli , ale nie dla większych samochodów. Trzeba przyznać, że kontrastujące z zielenią drzew i lazurem morza  budynki w pastelowych kolorach są urocze.

Miasto jeszcze siedemdziesiąt lat temu było prawie nieznaną wioską rybacką. Rozsławił je pisarz John Steinbeck w latach 50-tych ubiegłego wieku. Zapierający dech krajobraz, malownicze, wąskie  uliczki i ładne  plaże sprawiają, że obecnie to bardzo znany kurort turystyczny.

Tuż za miasteczkiem Amalfitana pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Zakręty stają się jeszcze bardziej ostre i zdają się nie kończyć. Przepaść nie ma dna, a jedzie się samym skrajem drogi. Naprawdę w tym miejscu trzeba mieć mocne nerwy.  Na szczęście już po kilku kilometrach można się zatrzymać, by obejrzeć wybudowaną przy drodze makietę, ukazującą Wybrzeżę Amalfitańskie. Nie jest to jakieś oszołamiające miejsce, ale jeśli macie chwilę czasu, warto zrobić sobie tu krotką przerwę.

Następne miasteczko na trasie to Praiano . Nigdy się w nim nie zatrzymaliśmy, głównie z uwagi na brak czasu. Gdybyśmy jednak mieli do dyspozycji parę godzin, pewnie wybralibyśmy się na słynną widokową ” Ścieżkę Bogów”  która wiedzie wzdłuż szczytów i łączy Positano z Paraiano.

Kilka kilometrów dalej znajduje się miejsce, którego absolutnie nie możecie przegapić czyli Fiordo di Furore. Nie jest to oczywiście prawdziwy fiord, a wąska zatoka wcinająca się w głąb lądu. Na jej końcu znajduje się maleńka kamienista plaża i stoi kilka kolorowych domów przyczepionych do skał. Całość jest bardzo malownicza i robi wrażenie tak z góry, z mostu , jak i z dołu. Wąskim schodami można zejść  na sam koniec zatoczki i tu, w cieniu gór odpocząć przed dalszą jazdą.

Kolejny przystanek to Amalfi. No cóż, czegokolwiek bym nie napisała o tym miejscu, to i tak będzie za mało. Amalfi ma piękną romańska katedrę pod wezwaniem Andrzeja Apostoła, śliczne , wąskie uliczki, które tworzą istny labirynt, dwie ładne plaże, molo, malowniczą Drogę Młynów, wodospady i .. likier Limoncello! Cytryny są symbolem tego miejsca, więc w sklepach można kupić nie tylko cytrynowe słodycze, ale też piękną ceramikę , apaszki, koszulki a nawet biżuterię z motywami cytrusowymi.

Mimo iż byliśmy w Amalfi w lutym i temperatura wynosiła 15 stopni, znaleźli się amatorzy morskich kąpieli.  W sumie w słońcu było przyjemnie ciepło, a woda miała taką temperaturę jak Bałtyk latem, więc czemu nie?

Kolejne miasteczka na trasie to Minori i Maiori, przez które przejechaliśmy trzy lata temu. Tym razem postanowiliśmy jednak ruszyć w gorę, do Ravello.  Nie było to trudne, bo co pół godziny z Amalfi jeżą tam autobusy. Przejazd trwa ok 25 minut.

Ravello jest oszołamiające, nie da się go wprost opisać. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy to ” wielki błękit” . Widok  z góry na całe wybrzeże, na bezkresne niebieskie morze i błękitne niebo nie może równać się z niczym innym.

Średniowieczne Ravello zawieszone jest 350 metrów nad poziomem wody. Otaczają je cytrynowe gaje i ogrody pełne kwiatów. Miejsce jest tak piękne, że wydaje się zupełnie nierealne. Do najstarczych jego zabytków należy zaliczyć stojącą przy rynku katedrę i dwie wille : Rufolo i Cimbione. W obu można podziwiać piękne ogrody. My, ze względu na sławne ” Tarasy nieskończoności”, z których rozciąga się bajeczny widok, zdecydowaliśmy się zwiedzić tę drugą.

Mimo iż była dopiero połowa lutego, ogrody robiły wrażenie. Wyobrażam sobie, jak cudownie muszą wyglądać w maju, gdy wszystko kwitnie. Sama willa przypomina budowle andaluzyjskie, jest bardzo romantyczna. Antyczne kolumny, sosny piniowe, cyprysy i altanki ukryte wśród zieleni tworzą bajkowy klimat.  A widok z tarasów… cóż, tego nic nie pobije. Można w tym miejscu stracić poczucie czasu, stać godzinami i wpatrywać się w morze.

Gdy zbliżał się wieczór, musieliśmy wracać do Neapolu. Żal było opuszczać Ravello i całe Wybrzeże Amalfitańskie. Na szczęście włoskie wieczory mają w sobie prawdziwą magię. Natura zafundowała nam niesamowite  widoki zachodzącego słońca, chmur i spokojnego morza. Jeśli jeszcze kiedyś tutaj wrócimy, to na kilka dni. W ciągu dnia będziemy spacerować bez celu w labiryncie wąskich uliczek,  wędrować ” Ścieżą Bogów”, a wieczorami, przy lampce wina, siadać w trattori nad brzegiem morza i w ciszy cieszyć się pięknem świata.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.