Z dzieciństwa doskonale pamiętam wyjazdy pod namiot na Mazury, z rodzicami, ciocią, wujkiem i kuzynem Markiem, jeszcze z czasów, gdy mojego młodszego o 11 lat brata nie było na świecie. Jechaliśmy w szóstkę jednym samochodem, fiatem 127, obładowani po sam dach. Był to początek lat 80 – głęboki PRL. Wieźliśmy z sobą, w małym bagażniku i niewielkiej przyczepce  namiot, materace, ponton, kołdry, składane krzesła, stolik, mięso zawekowane w słoikach i tysiące innych potrzebnych rzeczy. W samochodzie było potwornie ciasno, w końcu był rejestrowany tylko na pięć osób. O czymś takim jak foteliki dla dzieci wtedy w Polsce nie słyszano, więc siedzieliśmy z kuzynem w niewygodnej pozycji przez wiele godzin, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Zawsze i tak było bardzo wesoło, humory dopisywały całej rodzinie, przecież jechaliśmy na wakacje! W końcu, gdzieś w głuszy nad jeziorem rozbijaliśmy namiot. Atmosfera zawsze się tym momencie zagęszczała. Co roku był problem z połączeniem odpowiednich rurek, z brakującymi śledziami i zbyt krótkimi sznurkami. Nerwowo pompowaliśmy materace, które zazwyczaj okazywały się nieszczelne. Czasem brakowało do nich korków, więc tata strugał je z drewna.Wreszcie, po kilku godzinach, nasza „chata” dumnie stawała na polanie, gotowa na przyjęcie lokatorów. Wokół, prócz lasu i jeziora, nie było nic. Po mleko i wodę do picia szło się kilometr do gospodarza, a po chleb do wsi trzeba było jechać autem. Za potrzebą chodziło się do lasu z saperką, myliśmy się w misce, w wodzie z jeziora.

Razem z Markiem łowiliśmy niewielkie ryby z pomostu.Tata i wujek robili nam wędki z leszczyny, z prawdziwą żyłką i haczykiem. Przynętą było takie kleiste ciasto z kaszy manny, z dodatkiem żółtego barwnika, słodkie i pachnące waniliną. Robił je mój tata, który w tamtych czasach był zapalonym wędkarzem. Zawsze je z kuzynem podkradaliśmy i mówiliśmy, że wcale nas nie dziwi, że ryby na nie „biorą”, bo nam też smakowało Czasem na wędkę udawało się złapać węgorze. Mama i ciocia piszczały na ich widok i mówiły, że wyglądają jak węże, a ja brałam je do ręki i się śmiałam.  Wieczorami rozpalaliśmy ognisko i śpiewaliśmy. Dobrze że zazwyczaj wokół prawie nikogo nie było,  bo choć moja rodzina ma wiele talentów, to muzycznego nie można do nich zaliczyć.

Czasem lało przez kilka dni i siedzieliśmy głównie w namiocie. Dorośli grali wtedy w karty, w remika, na pieniądze. Nie pamiętam co dokładnie w takie dni  z Markiem robiliśmy, ale nigdy się nam nie nudziło. A przecież nie było laptopów ani smartfonów. Bawiliśmy się w namiotowej sypialni, naprawdę było fajnie. No i bez względu na pogodę, chodziliśmy na grzyby…

Tata zawsze miał dobrze rozwinięty zmysł orientacji w terenie, ale czasami ten zmysł trochę zawodził. Z tego powodu co roku gubiliśmy się w mazurskich puszczach. To nie było jakieś tam godzinne poszukiwanie drogi, o nie. Od razu gubiliśmy się w sposób spektakularny. Raz powodem były dzikie świnie. Weszliśmy w brzozowy zagajnik pełen czerwonych kozaków, gdy mój taka zobaczył lochę z młodymi. Świnia poczuła się zagrożona i ruszyła na nas. Zaczęliśmy więc w popłochu uciekać i w ten sposób zgubiliśmy drogę. Legendarny zmysł orientacji mojego taty nie pomógł. Po wielu godzinach błąkania się po lesie, trafiliśmy w końcu do jakiejś wsi. Okazało się, że  do naszego pola biwakowego jest jeszcze kilka kilometrów. Ledwie daliśmy radę dojść przed zmrokiem.

Następnym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Jak zwykle po śniadaniu całą gromadą ruszyliśmy do lasu. Grzybów było mnóstwo, więc szybko zapomnieliśmy o bożym świecie. Także o tym, gdzie jest ścieżka, którą przyszliśmy.  Gdy głód przypomniał nam, że powinniśmy wracać i zrobić obiad, okazało się, że zupełnie nie wiemy w którą iść stronę. Tata przejął inicjatywę i postanowił nas wyprowadzić z gęstwiny. Szliśmy i szliśmy,  zaczęło robić się ciemno. Strasznie było nocą w lesie. Nic nie widzieliśmy, a dźwięki wydawane przez naturę wydawały się bardzo  groźne. W końcu, prawie jak w bajkach, zobaczyliśmy jakieś światełko w lesie.  Była druga w nocy. Zapukaliśmy do chaty, gdzie życzliwi gospodarze bardzo przejęli się naszym losem. Okazało się, że jesteśmy  kilkanaście kilometrów od  namiotu. Gospodarz zawiózł tatę motorem na biwak, a ten wrócił po nas samochodem.

Co roku we wrześniu, gdy na lekcjach języka polskiego mieliśmy opowiedzieć przygodę z wakacji, mówiłam o tym, jak zgubiliśmy się w lesie na Mazurach. Koledzy i koleżanki mieli ubaw po pachy, a mój polonista z niedowierzaniem pytał: To wy się naprawdę co roku gubicie? Pewnie przypuszczał, że zmyślam…

Gdy po latach wróciłam na Mazury, nie znalazłam nic z tamtej atmosfery. Senne miasteczka stały się modnymi ośrodkami turystycznymi. Na krzykliwych straganach i w budkach można kupić te same pamiątki  z Krainy Wielkich Jezior „made in China”. Jeśli chodzi o gastronomię,  królują hamburgery, gyros, kebab, frytki i pizza. Na jeziorach ruch większy niż na A4. Wszędzie pełno ludzi. A ja tak marzyłam o wiejskim ustroniu, z leśną polaną i cichym jeziorem… Zamiast zgiełku wielkiego miasta, chciałam usłyszeć śpiew ptaków o pranku i szum drzew.

Ponieważ bardzo często mamy z mężem ogromną potrzebę przebywania z dala od cywilizacji, za to wśród lasów, łąk i pól, gna nas przez życia pasja poznawania nowych miejsc, najczęściej tych niby zwykłych, a przecież tak wyjątkowych, postanowiliśmy na kilka dni zatrzymać się w mazurskiej wsi Krzyże.

Krzyże wyglądają tak jak uwielbiam czyli bardzo „wiejsko”. Liczą niespełna 80 mieszkańców, ale latem, zwłaszcza na  weekendy, przyjeżdża tu nawet 500 letników.  Kościoła nie ma, ale jest kaplica.  Przez cały rok czynny jest tylko jeden sklep i gospoda, w sezonie sklepików jest kilka. Kupicie w nich podstawowe produkty, takie jak świetny chleb, masło czy mleko. Otwartych jest też parę barów.

Przede wszystkim jest tu piękna przystań dla żaglówek. Motorówek i innych głośnych łodzi nie ma, bo wieś leży w Puszczy Piskiej, w strefie ciszy. Dzięki temu jest naprawdę cicho i bardzo, bardzo spokojnie. Życie towarzyskie skupia się wokół trawiastej plaży. Kawałek dalej leży niewielka plaża piaszczysta, ale jest stroma, wiec nie cieszy się specjalnym wzięciem. Już po kilku godzinach znamy prawie wszystkich letników. Siedzimy razem  na molo, rozmawiamy, opalamy się, opowiadamy sobie skąd jesteśmy i  wymieniamy uwagi dotyczące naszych dzieci. Ktoś łowi ryby, dzieci kąpią się w jeziorze, wokół pływają kaczki i piszczące jak gumowe zabawki łyski.

Na obiad idziemy do położonej w centrum wsi gospody „U Kaczorka’. Ach jak tam bosko karmią! Zupa kurkowa, rosół z węgorza, ryba ze szpinakiem czy mazurski specjał z dwóch rodzajów mięsa to wręcz poezja smaku. Komu nie chce się ruszyć z plaży może zjeść w barze przy jeziorze zapiekankę albo hamburgera, a w maleńkiej kantynie u bosmana kartacze, pierogi albo kapuśniak.

Potem wycieczka rowerowa albo wyprawa do lasu. Otoczeni przez ciszę, zieleń i komary, zbieramy grzyby. Jest ich niewiele, bo od dawna nie padało i panuje susza, ale i tak jest pięknie. Lubię słyszeć łamiące się pod nogami gałązki i szumiące nad głową drzewa. Lasy w okolice są przepiękne, w większości sosnowe, pełne jagód i poziomek. Od północy jest trochę bagien i mokradeł, wśród których skrywa się małe jeziorko Wesołek. 

Wieczorami siadamy znów na molo, pijemy wino i gramy w karty. Ubieramy ciepłe swetry, bo po zmroku w drugiej połowie sierpnia jest już zimno, nawet jeśli w ciągu dnia panują trzydziestostopniowe upały.  Jest tak spokojnie… Gdy wyjadą wszyscy jednodniowi goście, robi się jeszcze ciszej. Czasem ktoś zagra na gitarze przy ognisku, ktoś coś zaśpiewa, zaskrzeczy ptak, ale ta cisza jest prawdziwie  głęboka i przejmująca.

 

    

Pierwsze wzmianki o wsi  Krzyże pochodzą z  1706 roku. Jej nazwa prawdopodobnie  nawiązuje do kształtu krzyża, jaki tworzy w tym miejscu jezioro Nidzkie . Przed II wojną światową mieszkało w Krzyżach 480 osób. Po przejściu frontu z ludności mazurskiej zostało jedynie 5 rodzin.

Krzyże długo były wsią zupełnie nieznaną, ale właśnie takie miejsca kuszą artystów, bo można w nich uciec od tłumów. W latach 50-tych wieś odkryli  aktorzy Studenckiego Teatru Satyryków. Potem bywały tu takie sławy jak Daniel Olbrychski, Wojciech Młynarski czy Agnieszka Osiecka. Do dzisiaj  przyjeżdżają Jan Pietrzak i Olga Lipińska.

Trzy kilometry dalej, w prześlicznej Leśniczówce Pranie zamieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński. Dzisiaj znajduje się tu niewielkie muzeum i restauracja.

Okolica jest prawdziwie sielankowa. Tu naprawdę można odpocząć od codziennej gonitwy i uspokoić myśli. Czuje się atmosferę dawnych lat i chociaż jest inaczej niż wtedy, gdy jako dziecko jeździłam z rodzicami na Mazury, to wciąż jest pięknie.


4 Komentarze

ALICJA · 26 sierpnia 2018 o 13:45

Chyba przeczytam Twój tekst jeszcze kilka razy. Sielsko, anielsko, pięknie.

Beata · 26 sierpnia 2018 o 14:20

Bardzo dziękuję, Alu za miłe słowa

Mama · 27 sierpnia 2018 o 18:12

To były piękne dni,ale zupełnie inne niż teraz.Mamy zamiar się tam wybrać, w przyszłym roku

Karola · 4 września 2018 o 12:31

Ja też spędzałam wakacje z rodzicami pod namiotami, najczęściej w Borach Tucholskich albo nad morzem. Mam fajne wspomnienia z tamtego okresu.
Mazur nie lubię, może dlatego, że dwukrotnie byłam w dużych miastach, w Augustowie i Giżycku. Masa ludzi i straszna komercja. Nawet nie wiedziałam, ze takie wioski jak Krzyze jeszcze istnieją

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.