Już w okolicy Ostrołęki serce zaczyna mi bić szybciej. Jeszcze 100 kilometrów i będziemy na miejscu. Czuję motyle w żołądku. Znowu tu wracamy!  Już po raz trzeci, ale będzie czwarty, piąty, a jak los pozwoli to pewnie i dziesiąty.

Nie będzie pięciogwiazdkowego hotelu, wygodnego apartamentu, basenu ani drinków z palemką. Za to będzie ognisko, jagody zbierane w lesie wcześnie rano  i wieczorne wino na molo wśród szuwar. Tradycyjnie będą też komary.  A co najważniejsze, będzie ta wyjątkowa, cudowna atmosfera,  jakiej nie doświadczycie chyba nigdzie indziej na Mazurach, bo położone w sercu Puszczy Piskiej Krzyże mają w sobie to coś! Odkryli to aktorzy i poeci w połowie ubiegłego wieku. Tu Agnieszka Osiecka z miłości do Jeremiego Przybory napisała piosenkę „Na całych Mazurach Ty…” Tłumnie zaczęli przyjeżdżać artyści z Studenckiego Teatru Satyryków, Jerzy Markuszewski z żoną plastyczką Zofią Góralczyk, Olga Lipińska, Krystyna Sienkiewicz, Barbara Wrzesińska. Niektórzy z nich wybudowali tu swoje domki letniskowe.

   

Do Krzyży nie przyjeżdża się po to, by odciąć się od świata. Tu się integruje. Z panem Marianem, właścicielem pola namiotowego, który jest przemiłym człowiekiem i swoich gości pamięta przez długie lata. Z bosmanem Mariuszem wędrującym wieczorami po wsi z gitarą, z wczasowiczami z kempingu  i z panią Ulą, właścicielką Gospody U Kaczorka.  W podziękowaniu za kurki, które ostatnio kupiła nam w skupie w Piszu (sami nie zdołaliśmy nic nazbierać, bo okolicznych lasach miejscowi i urlopowicze wszystko wyzbierali) przywozimy jej dżem różano-malinowy. Pani Ula opowiada historię swojej restauracji i swojej rodziny, która w latach 50-tych  ubiegłego wieku przyjechała do Polski z Litwy. Gospoda powstała w latach 90-tych i szybko stała się popularna. Artyści z Warszawy upodobali ją sobie szczególnie. Jan Pietrzak, Olga Lipińska, Jerzy Iwaszkiewicz  do dzisiaj są stałymi gośćmi. Trudno się dziwić, bo w tym miejscu karmi się od serca.  Kuchnia opiera się na lokalnych składnikach, grzybach i jagodach zebranych w okolicznych lasach, rybach złowionych w mazurskich jeziorach. Jest prosta, sycąca i przepyszna. No i atmosfera jest tu wyjątkowa. Te same kucharki pracują dla pani Uli od kilkunastu lat.  Już wczesnym ranem przed gospodą słychać gwar, śmiech  i tłuczenie kotletów. Na podwórku odbywa  się czyszczenie kilkudziesięciu kilogramów kurek.  Wszyscy siedzą razem i żartują, atmosfera jak w rodzinie.  Po ciężkim dniu syn właścicielki, który razem z nią prowadzi restaurację, zaprasza  kucharki na kieliszek domowej cytrynówki. A ciężkich  dni latem nie brakuje. W weekendy jest tylu klientów, że czasem trzeba czekać na stolik ponad godzinę. U Kaczorka można też wynająć pokoje, a nawet śliczne, wygodne domki.

Woda w jeziorze Nidzkim w tym roku bardziej mętna niż w poprzednich latach, bo kąpiących się turystów jest  dwa razy więcej. Z powodu koronawirusa i związanych z nim ograniczeń Polacy zaczęli odkrywać Polskę, niektórzy trafili nawet do Krzyży!  Nie wiem, jakim cudem cały ten tłum mieści się w tak maleńkiej wiosce. Bywa, że w kolejce po zakupy trzeba stać ponad pół godziny, bo we wsi są tylko dwa sklepy, ale nikt się nie denerwuje. W Krzyżach wszystkich ogarnia życzliwość i ludzie nagle przestają się spieszyć. Zamaskowani turyści w kolejce nawiązują znajomości, wymieniają się informacjami, który chleb jest w sklepie najlepszy i gdzie ma swój dom Jan Pietrzak.  W weekendy miejsc noclegowych brak nawet na polu namiotowym. Wszystkie pokoje zajęte, a na plaży taki ścisk, że trudno rozłożyć kocyk.  Dystans społeczny to mrzonka. Najgorzej jest w soboty i w  niedziele, gdy prócz długoterminowych wczasowiczów na plażę przyjeżdżają  mieszkańcy okolicznych wiosek i goście jednodniowi. A trzeba przyznać, że plaża w Krzyżach jest wyjątkowa!  Właściwie to są dwie plaże, pierwsza, piaszczysta z ratownikami i wyznaczonymi miejscami do kąpieli jest dosyć stroma, ale za to bardzo urokliwa. Nasza ulubiona, trawiasta, znajduje się 100 metrów dalej, nad molem ze ślicznymi altanami. Można rozłożyć się z leżakiem na brzegu albo na pomoście.  Natarczywe  kaczki, łyski i łabędzie w tym miejscu w ogóle nie boją się ludzi i pływają pomiędzy kąpiącymi się.

W niedzielne wieczory, gdy większość turystów wyjedzie, robi się cicho i klimatycznie. Znów słychać tylko szumiące trzciny i ptaki. To moja ulubiona pora dnia. Zwykle idę wtedy z aparatem na molo albo na spacer. Okolica jest bardzo malownicza, więc zdjęcia robią się właściwie same. Krzyże to naprawdę prześliczna wieś, z typowo mazurską zabudową. Wiele domów wygląda tu jak z pocztówki.

Otaczająca wieś Puszcza Piska jest dzika i zachwycająca. Koniecznie trzeba wybrać się nad ukryte w lesie jezioro Wesołek. Nazwa jest  trochę myląca, bo woda ma w nim kolor raczej mroczny, a dno znajduje się 16 metrów poniżej powierzchni. To magiczne miejsce. Godzinami mogłabym tam siedzieć na maleńkim pomoście i zachwycać się krajobrazem. W Wesołku można się kąpać. Wprawdzie brzeg to mokradła i szuwary, ale da się wejść do wody po drabince. Pewnego dnia poznaliśmy tu z Arturem bardzo sympatyczną starszą parę z pobliskiej wsi, Karwicy. Wokół nie było nikogo tylko pływająca na środku jeziora pani Barbara i jej stojący na pomoście, zniecierpliwiony mąż. Śmialiśmy się, gdy opowiadał, ze żona nawet w drodze z zakupów w Rucianem -Nidzie każe mu chociaż  na chwilę zatrzymać się nad jeziorem. Szczupła i piękna Pani Barbara nie przepuści żadnej okazji, by  wykąpać się w Wesołku. A ma już po 70-tce! Formy można jej pozazdrościć.

Puszę Piską można zwiedzać pieszo, rowerem albo konno. W Krzyżach jest stadnina organizująca konne spacery po okolicy i z tej oferty skorzystaliśmy w tym roku. Było fenomenalnie! Objechaliśmy Wesołek i odkryliśmy w lasach kolejne śliczne miejsca. Jazda konna w tak pięknych okolicznościach przyrody miała w sobie coś z magii.

Wycieczki rowerowe to też sama przyjemność. Okolica jest zupełnie płaska, więc jeździ się znakomicie. Wprawdzie nie ma tu ścieżek rowerowych, ale ruch samochodowy jest tak mały, że na szosie można czuć się naprawdę bezpiecznie. Do Rucianego jest z Krzyży tylko 10 kilometrów, wiec na zakupy można spokojnie wybrać się rowerem. A po drodze zatrzymać się w klimatycznej leśniczówce Pranie, gdzie mieszkał K. I.Gałczyński.

Zapadły nam te Krzyże w serce. Pisałam o nich tutaj dwa lata temu, pewnie napiszę coś i w przyszłym roku, bo już zaplanowaliśmy, że spędzimy w tym niezwykłym miejscu parę dni. Mam nadzieję, że do tego czasu pandemia odpuści i będzie mniej ludzi.


1 Komentarz

mama · 8 września 2020 o 10:53

Nie mogę znaleźć słów- uroczo, ostatnie zdjęcie daje do myślenia, wygląda jakby to były łabędzie i mały niedźwiedź. Domki cudne,obrośnięte bluszczem,no i na koniec pani Ula, po prostu piękna kobieta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.