Gdyby ogłoszono plebiscyt na najbardziej sielskie miasteczko w Polsce, Tykocin z pewnością znalazłby się na podium. Położony nad Narwią, bogaty w atrakcje, a przy tym skromny i cichy, wydaje się być miejscem nie z tego świata. A już z pewnością nie z tych czasów. Od pierwszej spędzonej tam minuty, miałam wrażenie, że przeniosłam się co najmniej się kilkadziesiąt  lat wstecz, do czasów zdecydowanie spokojniejszych.

Nie będę Was zanudzać historią miasta, w skrócie powiem tylko, że w czasach renesansu należało ono do rodu Radziwiłów, a po śmierci pierwszego męża Barbary  Radziwiłłówny, przeszło w ręce króla Zygmunta Augusta. To właśnie jemu Tykocin zawdzięcza swój rozkwit. Król sprowadził do miasteczka Żydów, by rozwinęli handel, a w tutejszym zamku umieścił arsenał Rzeczpospolitej i skarbiec,  w tym sławne arrasy. Po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów, sława miasteczka nieco przygasła. Blask przywrócił mu dopiero Klemens Branicki, z inicjatywy którego przy rynku stanął piękny barokowy kościół Trójcy Świętej, wzorowany na bazylice św. Piotra. Świątynia stoi przy rynku i, podobnie jak ta na Watykanie, wyciąga do wiernych swoje ramiona.

Sam rynek, choć stanowi centrum miasteczka, jest bardzo cichy i spokojny. Nie ma przy nim żadnych sklepów, a jedynie kilka urokliwych restauracji i stare, prześliczne domy. Od początku miał on pełnić jedynie funkcję reprezentacyjną, nie handlową, dlatego targowisko przeniesiono w okolice synagogi. Pośrodku rynku stoi pomnik Stefana Czarnieckiego ufundowany przez jego wnuka, Klemensa Branickiego.

Przed I wojną prawie połowę mieszkańców Tykocina  stanowili Żydzi. Mieszkali  w  dzielnicy Kaczorowo, która swoją nazwę wzięła od niewielkiego ciągu wodnego zwanego ,,kaczym rowem”. Do dzisiaj Kaczorowo zachowało się w tak świetnym stanie, że mogłoby stanowić scenografię do filmu o dawnych czasach. Największe wrażenie robią ulice Piłsudskiego  i Kozia. Spacer nimi to jak podróż w czasie.

W dawnym domu talmudycznym znajduje się niewielkie muzeum i sławna restauracja Tejsza, specjalizująca się w kuchni żydowskiej. Ale co tu ukrywać, królową dzielnicy jest Wielka Synagoga. Jest drugą co do wielkości  w Polsce i jedną z najpiękniejszych. Barwna fasada została świeżo wyremontowana, a wnętrze po prostu zachwyca. Mimo iż podczas niemieckiej okupacji bardzo ucierpiała, odnowiono ją w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli lubicie tego typu obiekty, będziecie zachwyceni.  Wcale mnie dziwi, że synagoga w Tykocinie zajęła 5 miejsce w Plebiscycie Magazynu National Geographic Traveler „7 Nowych Cudów Polski 2013”. Ściany synagogi pokrywają polichromie z tekstami modlitw, a bima czyli miejsce do czytania Tory, jest  przepiękna.

Bilety zwiedzania kosztują 12 zł, ulgowy 6 zł, w sobotę wstęp jest bezpłatny. Bardzo polecam zwiedzanie z audio przewodnikiem, za który nie trzeba płacić dodatkowo.

W Tykocinie można odnieść wrażenie, że duch dawnej społeczności żydowskiej unosi się nad miastem. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby gdzieś zza rogu wyszedł cadyk ubrany w tałes albo wybiegli chłopcy w jarmułkach.

Kto był na Podlasiu, ten wie, że nie ma tu zamków ani pałaców, więc efektowne grodzisko w Tykocinie jest tym cenniejsze. Piękny  zamek z czerwonej cegły nie jest jednak oryginałem. Owszem, dawniej  stało tu grodzisko z XV wieku, jednak mocno ucierpiało ono w czasie Potopu Szwedzkiego, a ostatecznie zostało całkowicie zniszczone w wyniku pożaru w wieku XVIII.

Oj, działo się na tym starym zamku, działo! Tutaj potajemnie spotykał się Zygmunt August z  Barbarą Radziwiłłówną. Tutaj, przez rok po śmierci w pobliskim Knyszynie, leżały jego zabalsamowane zwłoki. Msza żałobna odbyła się w Tykocinie, a następnie ciało króla przewieziono do Krakowa, gdzie odbyły się uroczyste ceremonie pogrzebowe. Razem z Zygmuntem Augustem wyjechały z Tykocina arrasy i już nigdy do niego nie powróciły.

Obecny zamek został odbudowany na podstawie zachowanej dokumentacji, ale z pewnością nie wygląda jak oryginał. Tak czy inaczej jest bardzo efektowny i stanowi nie lada atrakcję w okolicy.

Tykocin to nie tylko zabytki, miasteczko leży pomiędzy dwoma wyjątkowymi Parkami Narodowymi: Narwiańskim i Biebrzańskim. Narew to  polska Amazonka, jej główny nurt wije się niczym wąż boa, a rozlewiska stanowią teren unikatowy w skali światowej.  To jeden z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w naszym kraju. Można tu znaleźć świetne ścieżki rowerowe, szlaki piesze i miejsca do obserwacji natury. Żyją tu łosie i bobry, a także setki innych interesujących stworzeń. Świetną okazją do obserwacji piękna natury są spływy kajakowe i wycieczki łodziami.

Tykocin to także miasto artystów i filmowców, odbywają się tu koncerty, spotkania i festiwale . Niemal co roku zmienia się ono  w plan filmowy. Kręcono tu takie produkcje jak ” U Pana Boga w ogródku”, ” Biała sukienka”, ” Kantor. Nigdy już tu nie powrócę” itd.

Było coś dla ducha, pora na coś dla ciała. Trzeba przyznać, że jak na tak niewielkie miasteczko, Tykocin ma świetną bazę gastronomiczną. W sezonie,  w najlepszych lokalach, bywa trochę tłoczno, ale warto odstać swoje. Nas zupełnie oczarowała niewielka restauracja Opowieści z Narwii. Wprawdzie starej szafy nie było, ale za to były ryby słodkowodne w najlepszym wydaniu.  Chrupiące stynki skradły moje serce.

Znakomicie zjecie także we wspomnianej wcześniej Tejszy i  w willi Regent, obydwa lokale specjalizują się w kuchni żydowskiej. Najlepsze pierogi oferuje Pierogarnia Tykocińska, a filmowy Alumnat zapewnia piękne widoki na rzekę i świetną kuchnię europejską .

My trafiliśmy na Tykocińską Biesiadę Miodową, przy okazji której na rynku sprzedawano lokalne produkty. Takich rarytasów, wyrabianych tradycyjnymi metodami,  dawno nie widziałam. Wszystko, czego spróbowaliśmy, było przepyszne!

To nie koniec atrakcji. W odległości kilku kilometrów od miasteczka, w Kiermusach, znajdziecie ostoję żubrów, nas jednak zdecydowanie bardziej zainteresowały bociany.

Zaledwie 4 kilometry od Tykocina znajduje się atrakcja, której będąc na Podlasiu nie można przegapić. Mam na myśli jedyną w Polsce certyfikowaną bocianią wioskę.

W latach 90-tych ubiegłego wieku Europejska Fundacja Ochrony Dziedzictwa Przyrodniczego – Euronatur utworzyła tytuł Europejskiej Wsi Bocianiej dla tych miejscowości,które wykazały się szczególnym zaangażowaniem w działania mające na celu ochronę bocianów i ich miejsc  lęgowych. Tylko jedno miejsce w danym kraju może być uhonorowane tym tytułem. Pierwszy tytuł Europejskiej Wsi Bocianiej został przyznany Chorwackiej miejscowości Cigoć w 1994 roku. Pentowo jako siódme otrzymało ten tytuł w 2001 roku. Dziś istnieje już  czternaście Wsi Bocianich na terenie całej Europy, ale Pentowo jest zupełnie wyjątkowe. Prawdę mówiąc to nie wieś, a jeden dwór pochodzący sprzed 100 lat i niezmiennie należący do szlacheckiego rodu Toczyłowskich. Gniazda bocianie, w liczbie ponad 30  sztuk, znajdują się na dachach dworu i zabudowań gospodarczych oraz na drzewach. Takiego skupiska nie znajdziecie nigdzie indziej w Europie. W pozostałych wioskach gniazda są rozrzucone na długości paru kilometrów, w Pentowie zaledwie na 200 metrach.

Historia polskiej bocianiej wioski rozpoczęła się w roku 1992. W wyniku trąby powietrznej połamanych zostało w dworze wiele drzew, głównie stare olchy. Te poniszczone pnie i korony upatrzyły sobie bociany, które zaczęły zakładać tu gniazda. Gdy zajęły wszystkie drzewa, zainteresowały się też dachami i objęły cały dwór w posiadanie. Mogły tez od początku liczyć na pomoc ludzi, którzy pod nieobecność bocianów, umacniali i odnawiali gniazda.

 

Na terenie dworu znajduje się też niewielkie muzeum, stadnina, altanki  ogrodowe, idealne na piknik i plac zabaw dla dzieci, tych małych i dużych. Można również wynająć w dworze pokój i zostać tu na noc. Cały obiekt jest przepiękny. Dla Julki największą  zabawą, prócz obserwacji ptaków, było szukanie bocianich piór, które można zabrać do domu.

Pentowo jest magiczne. Stary, klimatyczny dwór leży nad Narwią, wokół rozpościerają się rozlewiska, w których uwielbiają brodzić bociany. Te piękne ptaki można podziwiać z poziomu oczu albo z wież widokowych. Jest okazja, by dosłownie zajrzeć do bocianich gniazd. W czerwcu, gdy pisklęta siedzą sobie w nich wygodnie, widok musi być niesamowity. Albo gdy maluchy uczą się latać. My byliśmy w Pentowie w sierpniu, bociany zbierały się już do odlotu do gniazd wpadały tylko na chwilę, ale i tak widok rozpostartych nad głową skrzydeł i głośny klekot stanowiły nie lada atrakcje.

Gdy teraz, w zimnym, szarym i potwornie zabieganym grudniu, oglądam zdjęcia z Podlasia, nie mogę wprost uwierzyć, że wciąż w centrum Europy są miejsca, w których czas się zatrzymał. Tak sobie myślę, ze chciałabym tam wkrótce wrócić, bo bardzo brakuje mi tej sielskości i spokoju. Czy to się uda w przyszłym roku? Niestety, chyba nie. Plany wyjazdowe na kolejne miesiące mamy już dopięte i mocno napięte, a ograniczony urlop nie pozwala na więcej.  Jeśli jednak nie macie pomysłu, dokąd się udać w przyszłym roku na wypoczynek, to proszę, weźcie pod uwagę Podlasie. Jestem pewna, ze nie będziecie żałować.


1 Komentarz

Zajączek · 24 grudnia 2018 o 00:29

Ale pięknie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.