Spływ tratwą po Biebrzy to jeden z naszych tegorocznych hitów. Gdy tylko zdecydowaliśmy, że jedziemy kamperem na Podlasie, przyszło nam do głowy, żeby chociaż dzień spędzić z dala od cywilizacji. Tak naprawdę z dala. I wtedy pomyślałam o tratwach, którymi można pływać po jednej z najspokojniejszych polskich rzek.

Biebrza płynie z prędkością 1 km/godzinę. W sumie można powiedzieć, że niemal stoi. Jest raczej płytka,  na długich prostych ma około 2 metrów głębokości, ale w zakolach może mieć nawet 6. Nie ma na niej groźnych wirów, rzeka jest naprawdę bardzo leniwa. Otaczają ją bagna i rozlewiska. Większość tego obszaru zajmuje Biebrzański Park Narodowy, teren niemal nietknięty przez człowieka, tajemniczy i wielu miejscach niedostępny. Żyją tu łosie, bobry, gronostaje, a nawet wilki, no i setki gatunków ptaków.

Gdy już zdecydowaliśmy, że chcemy wybrać się na samotny spływ tratwą, zaczęliśmy z Arturem  przeglądać ofertę firm, które tratwy wynajmują. Wybór padł na Hamulkę. Jej właściciele, państwo Męczkowscy, prowadzą przepiękne gospodarstwo agroturystyczne, zajmują się wynajmem kajaków i tratw oraz organizują wycieczki po okolicy. Ich tratwy mają tę zaletę, że są szersze od pozostałych o 80 cm, a to naprawdę robi różnicę.

http://hamulka.pl/galeria.html

http://hamulka.pl/galeria.html

Zarezerwowaliśmy tratwę przez internet. Zdecydowaliśmy że bierzemy ją na jeden dzień, co kosztowało 300 zł, choć można zrobić sobie spływ nawet tygodniowy. Każdy kolejny dzień kosztuje 150 zł,  Rano stawiliśmy się w Hamulce. która znajduje się niemal na końcu świata. Wokół tylko łąki, pola i lasy. Choć było upalnie i mieliśmy wrażenie, że to lato nigdy się nie skończy, bociany zbierały się już w sejmiki, by wkrótce odlecieć w cieplejsze strony.

W gospodarstwie Hamulka zostawiliśmy kampera, a pan Rafał zawiózł nas nad Biebrzę. Na przyczepie jechała z nami tratwa. Wyglądała na sporą, choć już dosyć sfatygowaną. Po przyjeździe nad rzeką odbyło się zwodowanie, a potem zostaliśmy przeszkoleni z wiosłowania.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami mieliśmy przepłynąć rzeką w dół.  około 6 km, co miało nam zająć około 8 godzin. Jednak ze względu na wiatr plany uległy zmianie. Jak poinformował nas pan Rafał , po południu miał wiać wiatr pod prąd, który bardzo utrudnia spływ  w dół, ale bez większego wysiłku pozwala wrócić rzeką z powrotem, do punktu wyjścia.  Wydawało mi się to nieprawdopodobne: jak to wrócimy niesieni wiatrem w to samo miejsce? Przecież to tratwa, a nie żaglowiec? Czas pokazał, że właściciel miał całkowitą rację.

Emocje rosły. Tym bardziej, że była pierwsza taka nasza ucieczka od cywilizacji od czasu, gdy u Marty kilka tygodni wcześniej zdiagnozowano cukrzycę typu 1. Zapatrzeni w insulinę , gumy mamby i glukozę w żelu ruszyliśmy po przygodę.

Tratwy przeznaczone są dla maksimum 6 osób, ale moim zdaniem 4 to ilość pozwalająca zachować względną wygodę. Na każdej tratwie znajduje się zadaszony stolik, ławki oraz taki mały niby domek, w którym można spać. Także na jego dachu i na zadaszeniu nad stolikiem można całkiem wygodnie spędzić noc w niewielkich namiotach, które rozbija się wieczorem. Na wyposażeniu jest też grill, kuchenka gazowa, kilka garnków, a z tyłu tratwy jest nawet coś w rodzaju toalety. Zamiast muszli klozetowej mamy oczywiście specjalne wiaderko, ale da osłonić się od reszty rozkładając płócienne ścianki. Można też połączyć z sobą kilka tratw, gdy jedzie się większą ekipą i stworzyć mały rzeczny hotel.

Na początku z wiosłowaniem nie było większych problemów, wiatr lekko nas popychał, więc szło nam naprawdę łatwo. Byliśmy wręcz w euforii, każdy chciał pomachać wiosłem.  Biebrza jest wąską rzeką, co sprawiało, że czasami musieliśmy się od brzegów odbijać długim drągiem. na początku frajda była niesamowita, tym bardziej, że mogliśmy spokojnie usiąść, napić się piwa, poobserwować przyrodę, a rzeka niemal sama nas niosła.

 

Było cudownie. Słoneczko świeciło, dziewczyny siedziały na dachu, a my z Arturem czasem machnęliśmy wiosłem, by utrzymać tempo i kurs. Wokół tylko szuwary, grzebienie wodne i piękne ważki. Trochę rozczarował nas brak jakichkolwiek ptaków i zwierząt. Podobno najłatwiej jest je zobaczyć rani i wieczorem.

Po południu zrobiliśmy na grillu obiad, wtedy też zmienił się wiatr. Ze zdumieniem zauważyliśmy, że naprawdę zaczyna nas pchać z powrotem. Płynąć w dół, nawet przy pomocy wioseł, dalej się nie dało. Zostawiliśmy więc tratwę bez wsparcia i powoli posuwaliśmy się w górę rzeki. Dziwne to trochę było. Zgodnie z logiką powinniśmy płynąć dalej z prądem, a nie cofać się. Po kilkudziesięciu minutach wiatr ustał.  Tratwa stanęła w miejscu.

 

Ponieważ umówiliśmy się z właścicielem, że odbierze nas dokładnie w tym samym miejscu, z którego wypływaliśmy, trzeba było zacząć wiosłować. I to intensywnie. A to wcale nie było takie łatwe. Tratwa jest ciężka, mało zwrotna, musieliśmy się solidnie przyłożyć, żeby wrócić do punktu wyjścia . Główny ciężar tego zadania spadł na Artura.  Juka była na wiosłowanie za mała,  Marcie po większym  wysiłku spadał cukier, a ja radziłam sobie …średnio . Powiem Wam, że w życiu nie miałam tak rozruszanych ramion jak wtedy. Wydawało mi się, że zaraz mi odpadną, a zakwasy po tym wysiłku przestałam czuć pod koniec września. Tak czy inaczej było fantastycznie.

W końcu udało nam się dotrzeć pod most, gdzie czekał pan Rafał. Pochwalił nas, że mimo przeciwnego wiatru, dobrze sobie poradziliśmy. W drodze powrotnej do Hamulki udało nam się zobaczyć żurawie i brodzącą w płytki stawie czaplę.

Jak było? Cudownie po prostu! Taki spływ tratwą to coś zupełnie innego. Człowiek jest zdany tylko na siebie, wokół nic nie ma, tylko rzeka i szuwary.  To prawdziwy powrót do prostego życia, bez prądu, laptopa i wszystkich tych wygód, które mamy na co dzień. Dobrze jeśli na tratwie znajduje się dwóch mężczyzn, bo wiosłowanie jest męczące i wymaga siły, ale gdy wieje sprzyjający wiatr, to sama frajda. Fantastyczna przygoda!

Kategorie: podlaskie

3 Komentarze

Olo · 2 listopada 2018 o 17:24

Świetne! Następnym razem bierzcie na tydzień. Ciekawe jak czymś podobnym płynęłoby się po większej rzece??

Zajączek · 4 listopada 2018 o 22:34

Bajka! Kolejne wyzwanie: noc na tratwie w szuwarach… Brrr, gęsia skórka

Beata · 5 listopada 2018 o 16:33

Olo, podejrzewam, że na dzikiej rzece byłoby tratwą trudno sterować. Nawet na Biebrzy nie jest to łatwe
Zajączku, taki mamy plan, następnym razem zostajemy na rzece na noc. Tylko nie wiem, czy nie zjedzą nas komary…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.