Bieszczady to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w naszym kraju. Kto odwiedził je choć raz,  już zawsze będzie chciał wracać. Jest w tym niewysokich górach jakaś magia i tajemnica. Łatwo tu, pośród przepięknej  przyrody, zapomnieć o problemach dnia codziennego. To miejsce, gdzie się przyjeżdża , by „naładować akmulatory”, odnaleźć równowagę albo po prostu cieszyć się  niespiesznym chodzeniem po połoninach i kosztowaniem dań kuchni regionalnej.

Położone na południowo-wschodnim krańcu Polski Bieszczady są miejscem dosyć oddalonym od reszty kraju i to jest ich atutem. Dojazd zajmuje sporo czasu, wprawdzie do Przemyśla  prowadzi już autostrada, ale dalej mamy tylko wąskie, kręte, wiejskie drogi. Jedzie się wolno, chwilami bardzo wolno. Za to widoki są śliczne i powoli przygotowują nas na to, co czeka u celu podróży.

Mnie zupełnie oczarowała prostota tutejszego życia, dzika, zachwycająca przyroda i brak komercji.  Nigdzie w Polsce nie widziałam tak rozgwieżdżonego nieba, nigdzie nie miałam takiego poczucia, że jestem częścią natury. Po przyjeździe w Bieszczady człowiek przestawia się na jakiś inny, spowolniony tryb funkcjonowania. Zresztą tu chyba nie da się żyć w biegu, bo wokół tyle piękna, że smakuje się je z takim samym zachwytem każdego dnia. Bo jak przejść obojętnie obok bajecznie ukwieconej łąki? Jak nie przystanąć i nie popatrzeć na latające nad głowami myszołowy? Jak nie wsłuchać się w szum lasu?

W Bieszczadach jest wiele takich miejsc, w których nie ma nic, tylko lasy. Takie prawdziwe, gęste,  mgliste i tajemnicze. Nawet gdy stoimy na jakiejś górze, nie widać żadnych zabudowań, dróg, przekaźników satelitarnych ani nawet przewodów elektrycznych. Góry  porośnięte są drzewami, ale nie ma tu żadnych korników, które niszczyłby drzewostan albo były pretekstem do wycinki. Nietrudno o spotkanie z wilkiem albo nawet żubrem, których prawie 300 żyje na wolności. A powietrze jest  tak czyste, ze niemal można usłyszeć jak płuca mówią „dziękuję”.

Zresztą tutejsze wioski też potrafią oczarować. W wielu mieszka mniej niż 50 osób. Ot kilka domów, nic więc. Nie ma nawet kościoła ani sklepu. Co najwyżej przystanek autobusowy. Jest sielsko i cicho. Bociany mają swoje gniazda na słupach  przy co drugim domu. Słychać  kury, psy,  krowy, jakiś traktor, jak to na wsi. Prowadzą do nich kręte drogi , nieoświetlone w nocy, mosty nieremontowane od lat, a jednak nie budzące obaw. Nie ma stacji benzynowych z prawdziwego zdarzenia, w niektórych wioskach stoją tylko samoobsługowe dystrybutory.

Po przyjeździe w Bieszczady przeżywa się niezwykłą przemianę. Nagle pragniemy prostego życia. Chleb z serkiem topionym na śniadanie smakuje wyśmienicie, kąpiel w zimnej wodzie pod prysznicem na kempingu staje się miłą rutyną, a jedyny sklep w całej wiosce wystarczy, by zaopatrzyć  się we wszystko, co niezbędne. Wieczory przy ognisku często upływają w ciszy. Nagle słowa stają się zbędne. Patrzymy w ogień, spoglądamy na gwiazdy, popijamy wino z plastikowego kubka i delektujemy się wolnością.  Czas się zatrzymuje.

A rano ruszamy na połoniny. Na tutejszych szlakach nawet w szczycie sezonu nie ma zbyt wielu ludzi. W porównaniu do Tatr czy Beskidów jest niemal pusto. My w sierpniu, podczas długiego weekendu wybraliśmy się na Połoninę Wetlińską. Pogoda była piękna, sądziliśmy więc, że w górach będą tłumy. W drodze na szczyt spotkaliśmy może ze dwadzieścia osób, gdy schodziliśmy, widzieliśmy jednego człowieka. A była dopiero godzina 17. W legendarnym schronie górskim, ” Chatka Puchatka” , siedziało zaledwie  kilku turystów.

Same połoniny to czysta magia. Żeby na nie wejść, trzeba się trochę zmęczyć, ale paradoksalnie męcząc się, odpoczywamy. A gdy już dojdziemy na górę, gdzie tak naprawdę nic nie ma, stajemy oszołomieni i oczarowani.Tego nie da się opisać. Wokół tylko wysokie trawy i góry. I niekończąca się przestrzeń. Ogarnia nas jakieś dziwne poczucie uniesienia, rozpiera radość życia. I znowu jest zupełnie cicho, a w tę ciszę można wsłuchiwać się godzinami. Nie chce się schodzić w dół, ale w dolinach też kryją się magiczne miejsca.

Na pewno należą do nich cerkwie. W Bieszczadach i w okolicy jest ich dużo, jednak rzadko stoją przy głównych drogach. Zazwyczaj trzeba zjechać kilkaset metrów, by je zobaczyć. Niektóre są pięknie odnowione, jak ta w Komańczy, inne  stoją skromnie gdzieś na uboczu i niemal nikt do nich nie zagląda. Wiernych też nie ma zbyt wielu, do cerkwi w Turzańsku przychodzą na nabożeństwa tylko trzy rodziny. Jednak wszystkie  cerkwie bez wyjątku wpisują się niezwykłą w bieszczadzką atmosferę, czyniąc ją nieco egzotyczną i jeszcze bardziej tajemniczą.

Co jeszcze tworzy klimat tego miejsca? Stojące przy bocznych drogach, wśród lasów retorty, w których kiedyś wypalało się węgiel drzewny. Jeszcze na początku lat dwutysięcznych czynnych było prawie 500 retort, dziś stanowią głównie atrakcję turystyczną, a kiepskiej jakości węgiel sprowadza się z Ukrainy.

Rzeki, strumienie, wodospady, bagna choć nie są zbyt okazałe, też mają sporo uroku. Ne mam tu na myśli Jeziora Solińskiego, bo nad nim, w takich miejscach jak Solina czy Polańczyk, można poczuć się jak na Krupówkach. Zresztą to już nie Bieszczady.

Lubicie regionalne potrawy? Tu spróbujecie takich, których nazw nigdy wcześniej nawet nie słyszeliście. Proste dania,  jak fuczki, proziaki, knysze czy hreczanyki smakują pysznie. Lubicie chilloutowe albo hipisowskie  klimaty? Znajdziecie je w niektórych restauracjach, jak choćby w „Bieszczadzkiej legendzie” czy na kempingach. Na pewno nie w sławnych regionalnych karczmach. które powoli ulegają komercjalizacji.

Bieszczady to też legendy, mity i bolesna przeszłość.To także tradycja, wciąż żywa i niezwykle interesująca. To zawsze serdeczni ludzie, skorzy do snucia opowieści przy każdej okazji. Nigdy się nie spieszą, mają ogromne poczucie humoru i sprawiają wrażenie zadowolonych z życia. A przecież życie tutaj na co dzień z pewnością nie należy do najłatwiejszych.

Tak się zastanawiałam, jak długo jeszcze magia tego miejsca się utrzyma? Kiedy wkroczy McDonalds i kebab? Pewnie już wkrótce. Tym bardziej się cieszę, że kupiliśmy kampera i będziemy w najbliższych latach częściej mogli wyjeżdżać w te niezwykłe góry. Miłość do Bieszczad jest jak choroba. Jestem nieuleczalnie chora i czuję się z tym wspaniale.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz


1 Komentarz

Zajączek · 29 października 2017 o 17:29

Beata, jak zawsze piękne opisy i zdjęcia. Miejsce rzeczywiście magiczne, kuchnia smaczna. Na mnie zrobiły też wrażenie pierożki pielmieni, a właściwie to, że maczało się je w occie winnym wymieszanym z wodą przez co smak był zaskakujący. Przeglądając te zdjęcia chciałoby się żeby lato było trwało ciągle. Pięknie i sentymentalnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.