Są takie miejsca, w których czuć magię. Nie ma tam spektakularnych zabytków, zwalających z nóg cudów natury, a mimo to czujemy, że jesteśmy w innym, zdecydowanie lepszym świecie. Taka właśnie jest Lanckorona, położona 35 kilometrów od Krakowa. Powstała w XIV wieku jako miasto i taki status miała do roku 1934, gdy  wskutek zubożenia i spadku liczby ludności utraciła prawa miejskie.  Obecnie jest jedną z najpiękniejszych polskich wsi.

Historia Lanckorony jest niezwykle ciekawa. W średniowieczu była uwielbiana przez królów, gdyż otaczające ją lasy stanowiły doskonałe tereny łowieckie. Kazimierz Wielki  postawił tu nawet zamek. W renesansie Mikołaj Lanckoroński, pełniący urząd marszałka koronnego, rozwinął miasto, jednak prawdziwymi twórcami potęgi gospodarczej  byli jego  synowie Jan i Stanisław.  Bracia, dzięki posiadaniu bogatych królewszczyzn, zdobyli ogromne fortuny, stając się zarazem jednymi z najbogatszych możnych małopolskich. Miasto rozkwitało. Niestety w 1660 r. wojska szwedzkie zajęły tutejszy zamek i spaliły kilkadziesiąt  domów. Dalej było jeszcze gorzej, zamek z czasem został zamieniony na więzienie, co doprowadziło do jego całkowitej dewastacji. Do tego doszły dwie bitwy konfederatów barskich w 1771. Pożary także nie oszczędzały miasteczka, największy miał miejsce w 1869 roku, gdy spłonęło 79 domów i kilkadziesiąt budynków gospodarczych. W następnych latach rozpoczęła się odbudowa. Na nowo powstało piękne miasteczko z niepowtarzalnym stromym rynkiem, niestety nie uchroniło to Lackorony przed późniejszą utratą praw miejskich.

Już na początku XX wieku  Lanckorona stała się miejscem ukochanym przez artystów i tak jest do dzisiaj. Przyjeżdżali tu  Wyspiański, Tetmajer, Malczewski, potem  Gustaw Holoubek, Andrzej Wajda, Wojciech Pszoniak, śpiewał o niej Marek Grechuta. Wciąż ściągają tu licznie aktorzy i malarze, bo Lanckorona ma w sobie coś takiego, że nie sposób nie zakochać się w tym miejscu. Równie urokliwie jest tu latem jak i zimą czy jesienią, co pokazują moje zdjęcia, ponieważ w ciągu ostatniego roku byliśmy tu dwukrotnie: w październiku i w czerwcu.

Wieś jest przepięknie położona na zboczu góry, dlatego z rynku rozciągają się zapierające dech w piersiach widoki na Kalwarię, Kraków, a przy dobrej pogodzie nawet na Beskid  Żywiecki. Droga do niej wiedzie przez las i można mieć wrażenie, że prowadzi donikąd. Aż tu nagle dostrzegamy stare domy, a zaraz potem oszołamiający rynek. I tak wjeżdżamy w inny świat. Świat niespiesznego rytmu życia, prostych smaków i sielskich widoków.

Jest tu trochę zabytków: ruiny średniowiecznego zamku, zabytkowe chaty, kościół Jana chrzciciela z XIV wieku, ale bądźmy szczerzy, tu wcale nie chodzi o zabytki. Bo Lanckorona ma jedyny w swoim rodzaju klimat. Nie sposób tego ująć w słowa i opisać. Chociaż w weekendy zjeżdża tu sporo turystów, w tygodniu jest zupełnie pusto i cicho. Można całymi dniami spacerować wśród starych domów , rozkoszować się widokami, pić pyszną kawę w niezwykle klimatycznych miejscach i chłonąć atmosferę.

To także wieś aniołów. Wszędzie jest ich pełno, wiszą na domach, stoją w oknach i ogródkach. Co roku w grudniu odbywa się tu  Festiwal Aniołów. Rynek staje się anielskim plenerem dla przebierańców, a w całej wiosce odbywają się koncerty, warsztaty, wystawy i różne wydarzenia kulinarne. Zresztą właściwie przez cały rok  na rynku można kupić „anielskie przysmaki” czyli regionalne produkty. Bardzo polecam chleb z czosnkiem  niedźwiedzim.

Rynek naprawdę zachwyca. Otoczony jest ścisłą zabudową  drewnianych domów parterowych z podcieniami. Mieszczą się w nich pracownie artystyczne, kawiarenki i niewielkie klimatyczne sklepiki. Jest nawet sławny bankomat…w oknie. Wszędzie kwitną kwiaty i pachnie starym drewnem. Pamiętajcie jednak, że Lanckorona to coś więcej niż rynek. Koniecznie wybierzcie się na  spacer bocznymi uliczkami. W każdej znajdziecie miejsca pełne magii.

Miejscem na świetną kawę, pyszne ciasta i rzemieślnicze lody jest niezwykle klimatyczna Cafe Arka, która leży jakieś 100 m od rynku. Ściany pokryte są powiększonymi znaczkami z różnych stron świata. Na oknach pólkach znajduje się ogromna ilość wyrobów artystycznych z ceramiki. Wnętrze naprawdę urzeka, nawet WC ma swój klimat. A w ślicznym ogródku wręcz poczujecie się jak w bajce, a może raczej jak w baśni czy legendzie? W Arce można też zjeść kilka smacznych domowych dań, na przykład pierogi, zupy.

Życie w Lanckoronie jest proste. Gustaw Holoubek we „Wspomnieniach z niepamięci” tak opisuje spędzane tu wakacje : „Lanckorona była naszą letnią rezydencją. Była to izba w wynajętej chacie. Stał w niej stół, kilka krzeseł, na ścianach wisiały święte obrazki, a podłoga była zasłana słomą pokrytą lnianymi prześcieradłami. Ilekroć jestem świadkiem dywagacji o jedzeniu (…) nie mogę się wyzbyć współczucia dla tych wielbicieli francuskiej, włoskiej czy węgierskiej kuchni, którzy w ich smaku dopatrują się szczytu wykwintu i wyrafinowania. Biedni. Nie byli nigdy z nami w Lanckoronie. Wiecie, co to jest jajecznica z jajek, z których każde ma czerwone żółtko, przegryzana gorącym jeszcze wiejskim chlebem o chrupiącej skórce, z masłem zrobionym w domu, jedzona wspólnie z ogromnej patelni umieszczonej na środku stołu, na obrusie haftowanym w polne kwiatki.”

Mam wrażenie, że od czasów młodości aktora niewiele się zmieniło. I niech tak pozostanie jak najdłużej. Sama, ilekroć jestem w Lanckoronie, myślę, że czas się tutaj zatrzymał.


2 Komentarze

Zajączek · 24 czerwca 2018 o 20:49

To rzeczywiście piękne, zaciszne i sielankowe miejsce. Chleb z czosnkiem niedźwiedzim bardzo smaczny. Chce się tam wracać. Beata, dziękuję…

Mama · 24 czerwca 2018 o 21:35

Nie wiedziałam,że tam jest tak pięknie,zdjęcia super

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.