Ostatnio wspominaliśmy w domu różne zabawne historie związane z naszymi podróżami i pomyślałam, że mogłabym kilka z nich opisać na blogu. Z podróżowaniem to różnie bywa, nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć. Czasem wszystko idzie jak po maśle, a czasem życie przynosi nam przeróżne niespodzianki. I bardzo dobrze, bo gdyby zawsze wszystko odbywało się zgodnie z planem, byłoby śmiertelnie nudno.  Nasze wyjazdy do nudnych z pewnością nie należą, zawsze dzieje się coś nieprzewidzianego, na szczęście jak dotychczas spotykały nas jedynie zabawne doświadczenia. A przynajmniej takie, które z perspektywy czasu okazały się zabawne, bo czasem nam jednak adrenalina rosła. Zapraszam do poczytania.

Włochy, Rosolina Mare, rok 2015

Wybraliśmy się na tydzień z moimi rodzicami i kuzynem z rodziną na błogie lenistwo nad Adriatykiem. Kuzyn mieszkał jakieś 300 metrów od nas w apartamencie, my z rodzicami wynajęliśmy jeden duży bungalow. Piec do gotowania był w nim zasilany z wielkiej butli. Od początku w domku śmierdziało gazem, ale wystarczyło wywietrzyć i robiło się ok. Jednak któregoś dnia, późnym wieczorem zaczęło śmierdzieć tak bardzo, że mocno nas to  zaniepokoiło. To znaczy tylko Artura i mnie, bo moi rodzice twierdzili, że to normalne i spokojnie poszli spać. Mnie zaczęły szczypać oczy, a dzieci drapało w gardle. O spaniu nie było mowy. Podejrzewaliśmy, że butla jest nieszczelna i gaz się ulatnia. Już snułam w wyobraźni katastroficzne wizje wylatującego w powietrze bungalowu. Doszliśmy więc do wniosku, że pora wezwać pomoc.

Zaczęliśmy  więc z Arturem dzwonić na numer telefonu firmy, która butle dostarczała, ale nikt nie odbierał. Potem wyszliśmy na ulicę i zaczęliśmy rozpytywać sąsiadów, czy nie znają numeru jakiegoś administratora ośrodka, któremu moglibyśmy zgłosić problem. Wokół mieszkali sami Włosi nie mówiący po angielsku, ciężko było im wytłumaczyć , o co nam chodzi, w końcu trochę na migi, trochę w mieszance kilkunastu różnych języków, udało się dogadać. Nie wiem, co Włosi do nas mówili, ale jak powiedziałam: BUUUUM!!! i zrobiłam stosowny gest rękami, to jakiś numer telefonu nam dali. Oczywiście nikt nie odbierał. Może to i lepiej, bo tak się zastanawiam, czy to nie był numer do psychiatry. Tymczasem w domku śmierdziało coraz bardziej. Usiłowałam obudzić rodziców, ale tata chrapał tak, że było go słychać na całej ulicy, a mama przez sen wymamrotała, że na pewno nic się nie stanie i ona chce spokojnie dalej spać. My postanowiliśmy bungalow opuścić, żal mi było, że rodzice wolą zginąć tragicznie, ale cóż było robić. Przecież nawet siłą nie dalibyśmy rady wyciągnąć ich z łóżek. Tymczasem zaczęło śmierdzieć jeszcze bardziej. Zdecydowaliśmy, że najlepiej, jeśli poszukamy pomocy na policji. Dyżurujący na posterunku policjant nie mówił ani słowa po angielsku, ale wielkie BUUUM!!! w moim wykonaniu zrobiło na nim wrażenie. Podał mi telefon i kazał dzwonić pod wskazany numer. Jak się okazało, była to straż pożarna. W końcu trafiliśmy na kogoś mówiącego po ludzku czyli po angielsku. Wydawało mi się, że się ze strażakiem rozumiemy. Na spółkę z Arturem wyjaśniliśmy mu, że  bungalowie z minuty na minutę coraz bardziej czuć gazem, że zostali tam moi rodzice i że coś chyba jest z butlą. Żadnego BUUUM !!! tym razem nie robiłam.  Strażak kazał nam wrócić i czekać koło domku. Sądziłam, że przyśle jakiegoś człowieka z gazowni, który po prostu zobaczy, o chodzi i wymieni butlę. Po powrocie najpierw zajrzałam do rodziców, którzy nadal spali kamiennym snem, a kolejna próba ich obudzenia znowu zakończyła się odmową współpracy. Potem razem z Arturem i dziećmi usiadłam na chodniku przed domem. Była 4 rano, zaczęło już świtać. Z niecierpliwością czekaliśmy na tego faceta z gazowni… Nagle zobaczyliśmy migające światła i dwa wozy strażackie na sygnale, które podjechały dokładnie przed nasz domek. Błyskawicznie wyskoczyła z nich ekipa strażaków,  część  z nich od razu zabierała się do rozkładania węzy z wodą. Reszta wbiegła do naszego bungalowu robiąc dużo hałasu i zamieszania. Harmider był tak niesamowity, że obudzili się moi rodzice. Mama we wdzięcznej koszulce nocnej pytała, o co chodzi, a tata, w samych krótkich spodenkach, nieprzytomnym wzrokiem rozglądał się wokół.  Oczywiście całą akcją zainteresowali się też sąsiedzi, których spora grupa zebrała się na ulicy. Wszyscy w uroczych strojach nocnych. Po kilku minutach kompletnego  rozgardiaszu, udało się strażakom wyjaśnić, że nic się nie pali i że chodzi jedynie  o butlę z gazem. Zobaczyłam w ich oczach szok: jak to ? Żadnego pożaru, terrorystów ani akcji ratunkowej??? Coś chyba jednak podczas tej telefonicznej rozmowy ze strażakiem na policji poszło nie tak… Gdy już cała sprawa się wyjaśniła, mili panowie sprawdzili naszą butlę, dokonali stosownych pomiarów i stwierdzili, że po prostu gaz się kończy. Podobno zawsze wtedy tak śmierdzi i absolutnie nie jest to niebezpieczne. Z wyraźnym rozbawieniem w oczach, grzecznie się z nami pożegnali i odjechali. Gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że sąsiedzi pukają się w czoło…A po południu przyszedł pan z gazowni, wymienić butlę na nową. Od tamtej pory, gdy  dzieje się coś niepokojącego, wszyscy w rodzinie nam mówią: Tylko nie wzywajcie straży pożarnej.

Ołomuniec, rok 2003

Ta przygoda powinna mieć tytuł: O krok od tragedii. Na szczęście skończyła się dobrze, ale dramatyzm był. Wracaliśmy nexią z wakacji we Włoszech przez Czechy. To był czas, gdy wszędzie budowano nowe autostrady, także u naszych południowych sąsiadów. Gpsów jeszcze nie było, więc gdy Artur prowadził samochód, ja robiłam za pilota. Siedziałam z mapą na kolanach i ogarniałam trasę.  W Ołomuńcu było pełno rozjazdów, my kierowaliśmy się na Frydek Mistek. W pewnym momencie kątem oka dostrzegłam znak, że Frydek Mistek jest w prawo. Krzyknęłam do Artura: skręcaj i w ostatniej chwili wjechaliśmy na właściwą, jak nam się wydawało, drogę. Było jakoś dziwnie: asfalt idealnie równy i żadnych innych kierowców. Wokół rozkopane tereny i budka strażnicza, w której siedział człowiek i patrzył na nas jakoś dziwnie. Mimo iż była to autostrada, nie jechaliśmy szybko, jakieś 80 km na godzinę. Przejechaliśmy tak kilka kilometrów.W pewnym momencie droga się urwała, a my wylecieliśmy w powietrze. Dosłownie. Widzieliście kiedyś film akcji rozgrywający się w San Francisco? Gdy samochody latają w powietrzu niczym gołębie? Tak to mniej więcej wyglądało w naszym wykonaniu. Lot trwał na tyle długo, że zdążyliśmy wszyscy zacząć krzyczeć. A potem walnęliśmy o ziemię i wpadliśmy w poślizg. Auto ślizgało się z prawej na lewą, z lewej na prawą i tak w kółko. Nie wiem, jakim cudem udało się Arturowi nad nim zapanować, ale w końcu się zatrzymaliśmy. W przerażeniu zdołałam jedynie sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało, o dziwo, wszyscy byliśmy cali i zdrowi bez najmniejszego nawet zadrapania czy siniaka. Przez kilka minut siedzieliśmy w samochodzie w kompletnym szoku, niezdolni do wymówienia słowa ani do jakiegokolwiek ruchu. Gdy już nasze serca wróciły na swoje miejsce, a żołądki przestały się skręcać, wyszliśmy z auta, by ocenić sytuację. Nasza nexia też nie odniosła żadnego uszczerbku. I tu zaczyna się zabawniejsza część tej historii. Okazało się, że wjechaliśmy na autostradę, która nie była jeszcze oddana do użytku. Znaki kierujące na Frydek Mistek już były postawione, ale jak się potem okazało przekreślone, czego nie zauważyłam. Teraz pozostało nam tylko wydostać się i wrócić na właściwą drogę. Łatwo powiedzieć. Jakieś 200 metrów przed nami był ponad półmetrowy uskok czyli miejsce graniczne między już gotową autostradą, a częścią na której brakowało jeszcze kilku warstw. To właśnie tutaj wylecieliśmy w powietrze. Podjechaliśmy do tego uskoku i zaczęliśmy się zastanawiać, jak wjechać na górę.  Wprawdzie okazało się, że nasza nexia potraf latać, ale tylko w dół, lot do góry nie był możliwy. Staliśmy tak i rozmyślali, jak wezwać pomoc. To też nie było łatwe, bo nie wiedzieliśmy, na jaki numer zadzwonić, a przecież w tamtym czasie internetu w komórkach nie było. Pojawiła się propozycja, by Artur poszedł pieszo do tej budki strażnika, którą mijaliśmy. Stało się jasne, dlaczego ten strażnik patrzył na nas jak na wariatów.  Nie ma to jednak jak inwencja twórcza. W końcu byliśmy na budowie, więc wokół walało się pełno desek. Artur wpadł na pomysł zbudowania podjazdu. Razem z 7-letnim Michałem zaczęli te deski znosić i ustawiać z nich pochylnię, która pozwoliłaby nam wjechać na górę. Wkrótce  konstrukcja była gotowa.  Artur wsiadł do samochodu, a ja zostałam z dziećmi na zewnątrz i go nawigowałam. Bałam się, że te  deski nie wytrzymają ciężaru naszego samochodu, ale wszystko poszło gładko i po chwili nexia znalazła się na górze. Uff…. Weszliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę tego skrętu, na którym wjechaliśmy na tę nieszczęsną drogę. Ponownie minęliśmy budkę ze zdziwionym strażnikiem, pomachaliśmy mu i po chwili dotarliśmy do feralnego rozjazdu. I tu pojawił się nowy problem, żeby wjechać na dobrą drogę, musieliśmy kilka metrów przejechać od prąd.  Na drodze pełnej pędzących samochodów to wcale niełatwe. W końcu trafiła się okazja, gdy szosa przez parę sekund była pusta. Ostatecznie dostaliśmy się na nią bez problemu, a dalsza część podróży do domu minęła bardzo spokojnie. Tak czy inaczej ręce przestały mi się trząść gdzieś w połowie września. To była  najbardziej dramatyczna przygoda w naszym życiu.

Teneryfa 2010,Tajlandia 2012, Kreta 2013 itd

Kolejna przygoda trafia nam się z zadziwiającą regularnością i ma charakter toaletowy. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego w wielu krajach rury kanalizacyjne są tak wąskie, że nie spływa nimi papier toaletowy i trzeba go wrzucać do kosza na śmieci. Wydaje mi się to strasznie niehigieniczne, ale oczywiście całą rodziną zawsze staramy się o tym pamiętać, by nie zatkać toalety. jak jednak wiadomo, z pamięcią bywa różnie. Do tego dochodzi naturalny odruch, wyrobiony przez lata, wrzucania papieru do wc. W związku z powyższym udało nam się kilka razy na wakacjach spektakularnie zatkać toaletę. Pierwszy taki raz miał miejsce na Teneryfie, sprawczynią była Marta. Nie będę wdawać się w szczegóły, powiem tylko że problem trwał przez kilka godzin. W ruch poszły szczotki, kije i nic. Sprawę załatwił dopiero znaleziony koło hotelu… stary parasol. Na szczęście nie otworzył się w czasie procesu odtykania toalety. To by dopiero było…Kolejne przytkanie miało miejsce w Bangkoku, tym razem winowajczynią byłam ja. Żadne odtykanie znalezionymi grubymi patykami nie pomagało, więc ruszyliśmy na zakupy w poszukiwaniu czegoś w stylu kreta do rur. Udało nam się kupić jedynie wybielacz. Miałam złudną nadzieję, że jak wlejemy na raz całą butelkę, papier się rozpuści. Nic z tego, ale trzeba przyznać, że toaleta nabrała takiej bieli, że aż raziło w oczy. Woda się przesączyła, ale twarda papierowa gula pozostała. Tym razem ponieśliśmy całkowitą klęskę, nie pomogły kilkugodzinne debaty całej rodziny nad kiblem. Nie wymyśliliśmy nic sensownego. Na szczęście to był ostatni dzień naszego pobytu w Bangkoku, zostawiliśmy wiec to przykre zadanie pracownikom hotelu. Obiecaliśmy sobie, że od tej pory będziemy naprawdę bardzo, ale to bardzo uważać, bo  coroczne odtykanie na wakacjach wc  nie jest naszym ulubionym zajęciem. Na niewiele to się zdało.

Już rok później, na Krecie problem się powtórzył, a potem znowu i znowu. Wprawdzie nie były to już takie spektakularne akcje, ale powtarzały się z zadziwiającą regularnością…Przyznajcie jednak sami, jak można montować tak wąskie rury, że nawet zaparcie grozi ich zatkaniem? Rozważamy zabieranie z sobą na każde kolejne wakacje sprężyny do przetykania kanalizacji. Artur uważa, że myjka ciśnieniowa Karcher będzie najlepsza.

PS. Nie uwierzycie, ale w chwili, gdy przygotowywałam ten wpis na blog i akurat pisałam  o zatykaniu toalet, zadzwonił Michał i powiedział, że mają w akademiku problem, bo zatkało im się wc i nie potrafią go odetkać. Przysłał nawet stosowne zdjęcie, ale nie będę go publikować. To chyba jakieś fatum nad naszą rodziną.

PS 2. Właśnie przed chwilą kuzynka mi przypomniała, że jak byliśmy w 2000 roku razem nad morzem to też był toaletowy armagedon. Przez kilka dni padał ulewny deszcz i wylała kanalizacja, w całym domu waliło jak w szambie. Taki już nasz los jak widać.


1 Komentarz

Mama · 1 stycznia 2019 o 18:34

No i to chodzi na wakacjach,żeby były różne przygody i sytuacje,które się dobrze kończą,z których potem jest ubaw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.