Langkawi to archipelag 104 wysp położonych na zachód od Półwyspu Malajskiego. Największą z nich jest ta, od której wszystkie wzięły nazwę czyli Langkawi. Wielu ludzi uważa, ze to tropikalny raj. Faktycznie wyspy są piękne i mają bardzo dobre plaże. Z pewnością jest to idealne miejsce dla wszystkich lubiących wakacyjny relaks, sporty wodne i bliskie spotkania z naturą. Jeśli chodzi o zwiedzanie, to możliwości jest niewiele, ale rozrywek typowo turystycznych znajdziecie tu całkiem sporo. Można  też kupić tani alkohol, bo Langkawi to strefa bezcłowa, co oznacza, że piwo kosztuje 3 zł, a nie 16 jak na Penang czy w Kuala.

Na wyspę przylecieliśmy z Kuala Lumpur,  koszt to 70 MYR czyli 70 zł od osoby. Lotnisko na Langkawi jest malutkie, nasz samolot był na nim jedyny. Zatrzymaliśmy się w hotelu na plaży Cenang czyli najbardziej popularnej na wyspie. Do morza mieliśmy jakieś 30 metrów czyli tyle, ile szerokość piasku. Gdy przyjechaliśmy było zupełnie pusto, bardzo nas to zdziwiło, bo słyszeliśmy, że miejsce jest raczej oblegane przez turystów.  Mieliśmy całą, dwukilometrową plażę prawie tylko dla siebie. Był początek sierpnia. Po dwóch sielskich i spokojnych dniach Langkawi przeżyło istną inwazję turystów. Właśnie skończył się ramadan, a w związku z tym Malezyjczycy hucznie świętowali. Większość z nich  tradycyjnie w tym okresie wyjeżdża na urlop. I chyba wszyscy postanowili go spędzić  w hotelach przy plaży Cenang. Nagle pojawiły się dziesiątki  przenośnych wypożyczalni sprzętu turystycznego, otwarły się nieczynne restauracje, a w wodzie taplały się całe rodziny, panie oczywiście w burkach, spod których widać było jedynie ich oczy.

Ponieważ nie potrafimy zbyt długo leniuchować na piasku, wypożyczyliśmy samochód na 2 dni i objechaliśmy całą wyspę kilka razy.  Nie było trudne, bo Langkawi ma niespełna 30 km długości i tyle samo szerokości. Stolicą wyspy jest Kuah, miasto na południu. Nie ma w nim nic  specjalnie ciekawego. Jedno większe centrum handlowe, kilka gwarnych uliczek i duży, kiczowaty orzeł z plastiku, który jest symbolem wyspy.

Jedyną godną uwagi atrakcją jest park Legenda Langkawi, choć nam w niektórych miejscach kojarzył się z cmentarzem.

Mimo że Artur po raz pierwszy prowadził samochód w ruchu lewostronnym, nie miał z tym żadnych problemów. Ruch na wyspie jest niewielki, jedynie  w stolicy było trochę więcej aut. Ceny w wypożyczalniach zaczynają się od 50 zł za dzień za małe samochody. Wielu turystów decyduje się na wypożyczenie skutera, my jednak byliśmy z trzyletnią Julką, więc nie wchodziło to raczej w grę. Właściwie trudno jest zwiedzić wyspę, nie wypożyczając jakiegoś pojazdu, bo nie ma tu żadnej komunikacji publicznej. Plusem jest z kolei śmiesznie tania benzyna, litr kosztuje ok 2 zł.

Napisałam, że symbolem Langkawi jest orzeł, ale zdecydowanie powinny nim być małpy. Makaki są dosłownie wszędzie. Wystarczyło, że stanęliśmy na jakimś parkingu, a dosłownie w ciągu minuty się zjawiały i patrzyły, co mogą nam zwędzić. Zazwyczaj im się udawało. Jedna nie  miała nawet żadnych oporów, żeby wejść nam do auta, ukraść torbę ze słodyczami, a potem spokojnie skonsumować je na dachu pojazdu.

Największą atrakcją wyspy jest sławny Sky bridge czyli most zawieszony wysoko nad górami porośniętymi dżunglą. Żeby się na niego dostać trzeba wjechać Sky cab czyli kolejką linową. Całość kosztuje 55 zł, ale warto! Widoki z góry i ogólne wrażenia są niezapomniane. Bardzo polecam wybrać się na most wcześnie rano. Kolejka do kas z każdą godziną robi się coraz dłuższa i może się okazać, że spędzimy w niej pół dnia. Wokół obiektu znajduje się Oriental Village czyli kolejna atrakcja dla turystów, wioska niby tajsko-malezyjska. Budynki i otoczenia są nawet ładne, ale ogółem to komercja w czystej postaci, pełno sklepów z drogimi pamiątkami i restauracji  z jedzeniem bez wyrazu.

Co jeszcze warto zobaczyć na wyspie? Wodospad Telaga Tujuh, który znajduje się niedaleko Oriental village. Można wejść na jego szczyt po 500 schodach, my ze względu na padający drobny deszcz, zrezygnowaliśmy. Z dołu tez nam się podobał.

Przy plaży Cenang , od strony lotniska, znajduje się Muzeum Ryżu. Właściwie to niewielkie pola ryżowe i kilka budynków, w których pokazane są różne narzędzia i metody uprawy. Całość bardzo przyjemna, można poczuć się jak na wsi.

Także w Pantai Cenang znajduje się spore akwarium, do którego wybraliśmy się, gdy lało jak z cebra i inne atrakcje nie wchodziły za bardzo w grę. Wstęp kosztował ok 25 zł. Wewnątrz jest fajny tunel z rekinami, pingwinarium itd

Oczywiście na Langkawi trzeba zobaczyć plaże! Najładniejsza , długa, szeroka i zupełnie pusta, jest Tanjung Rhu, położona na północy.  Piasek jest  tu biały, a woda czysta i cudownie ciepła. Hotele i bary można policzyć na palcach, większa część plaży sprawia wrażenie bezludnej .

Na wyspie sa jeszcze inne atrakcje, takie jak farma krokodyli czy motyli, my z nich nie skorzystalismy. Za to wybralismy sie na dwie wycieczki: Island hopping i  Kilim River Geopark. Podczas tej pierwszej, jak sama nazwa wskazuje , pływaliśmy z wyspy na wyspę. Na pierwszej kąpaliśmy się w Jeziorze Brzemiennej Dziewicy. Ciekawa sprawa, wokół morze , a na niewielkiej wyspie słodkie jezioro. Legenda mówi, że każda kobieta, która ma problem z zajściem w ciąże , po kąpieli  w jego wodach będzie brzemienna. Nam jednak najbardziej zapadły w pamięć małpy. Były ich tu tysiące, wskakiwały na głowy  i wyrywały  jedzenie z rąk. Trzeba uważać na plecaki, torby i okulary przeciwsłoneczne. Małpy nie są zbyt wybredne, biorą wszystko. Czasem dają się przekonać do wymiany torebki za ciasteczko, ale najczęściej je wyrywają z reki, więc mają i torebkę i ciastko.

Najbardziej podobała nam się mała wyspa Beras Basah. Miała śliczną plażę i poza terenem przy molo była zupełnie dzika. Czuliśmy się na niej jak rozbitkowie.

Kolejnego dnia popłynęliśmy rzeką do lasu namorzynowego. Oczywiście małp nie mogło zabraknąć. Po drodze zwiedziliśmy hodowlę ryb, gdzie mogliśmy pogłaskać płaszczki. Gdzieś tam Michałowi do basenu z rybami wpadła karta do hotelowego pokoju, na szczęście opłata za jej zgubienie wynosiła… 5 zł.

Obie wycieczki były bardzo udane i byliśmy zadowoleni, ze się na nie zdecydowaliśmy. Wciąż jednak brakowało nam widoków autentycznych wsi i miasteczek. już myśleliśmy, że na Langkawi wszystko jest przygotowane tylko pod turystów, gdy podczas długiego spaceru zeszliśmy z głównych dróg i ruszyliśmy boczną ścieżką. Po kilkunastu minutach trafiliśmy na miejsce, które nas oczarowało. Była to jakaś niewielka wioska, do której pewnie turyści nie trafiają zbyt często, bo wyglądała tak:

Ucieszyliśmy się, że udało nam się znaleźć coś autentycznego. Choć wokół panował bałagan i nie było zbyt czysto, nam sie podobało. Życzliwi mieszkańcy uśmiechali się do nas i nam machali. W ogóle ludzie na Lankawi, jak zresztą w całej Malezji, byli bardzo mili. Z okazji końca ramadanu właściciele naszego hotelu zaprosili nas do siebie do mieszkania na śniadanie. Mieliśmy więc okazję doświadczyć czegoś zupełnie nowego i świętować razem z nimi. Nam skojarzyło się to z naszą, katolicką Wielkanocą. Oczywiście potrawy były zupełnie inne,  podawanodużo dań bardzo pikantnych i sporo słodyczy. Większość rodziny naszych gospodarzy miała ubrane tradycyjne stroje. Było bardzo miło. Muzułmanie świętowali cały dzień i całą, kolejną już noc. Poprzedniej, dokładnie o północy puszczali sztuczne ognie. Na ten dźwięk wyskoczyliśmy z łóżek jak szaleni, bo nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie miałam pojęcia, ze koniec ramadanu obchodzony jest tak hucznie.

Z Lankawi przywieźliśmy mnóstwo miłych wspomnień. To wymarzone miejsce dla rodzin z dziećmi i turystów ceniących spokój oraz wygodę. Wszystko jest tu przyjemne i proste. Byliśmy jedynie trochę zawiedzeni jedzeniem, może dlatego że mieliśmy świeże porównanie z tym, co można zjeść na Penang, który uchodzi za kulinarny raj. Ceny w restauracjach na Langkawi są bardzo zróżnicowane. W miejscach turystycznych za obiad zapłacicie co najmniej 20 zł. My stołowaliśmy się głównie w Tomato Nasi Kandar przy plaży Cenang. Restauracja specjalizuje się w kuchni indyjskiej. Smaczny obiad można było zjeść już za 5 zł! Ogółem Langkawi jest niedrogie, podobnie jak cała Malezja. Najdrożej wypadają bilety do różnych atrakcji turystycznych, ale to normalne na całym świecie.. Dobre hotele z klimatyzacją kosztują ok 80 zł za pokój, choć jeśli macie niewielkie wymagania noclegowe, znajdziecie o połowę tańsze. Kto ceni luksus, też nie będzie zawiedziony, każdy znajdzie coś dla siebie. Wszędzie jest czysto i bezpiecznie.

 

 

 

Kategorie: Malezja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.