Malezyjskie góry Cameron Highlands to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam. O ich niezwykłym uroku decydują dwa elementy: pola herbaciane i deszczowe lasy. Krajobraz wygląda jak z bajki.

Do Cameron Highlands wybraliśmy się na trzy dni, w drodze z Kuala Lumpur do Singapuru. Z KL przyjechaliśmy do Tanah Rata, największego miasteczka w Cameron, bardzo wygodnym, klimatyzowanym autobusem. Podróż trwała 5 godzin, najpierw autostradą, a potem przez dwie godziny drogami górskimi. Same serpentyny, więc jakiś lek przeciw chorobie lokomocyjnej jest bardzo wskazany. Ledwo zjechaliśmy z autostrady, pojawiły się chmury. Tego się spodziewaliśmy, słyszeliśmy, że w Cameron  jest chłodniej i często pada. Nawet nas ta perspektywa cieszyła, bo mieliśmy już dosyć sierpniowych upałów panujących w Kuala. Jednak po wyjściu z autobusu przeżyliśmy szok termiczny. Miało być chłodniej, a nie lodowato ! Wprawdzie termometr wskazywał 19 stopni,  ale nam wydawało się, że jest przymrozek. Szybko ruszyliśmy na poszukiwania hotelu. W Tanah Rata jest ich bardzo dużo, nie ma potrzeby robienia wcześniejszej rezerwacji. My znaleźliśmy bardzo przyjemny hotel jakieś 400 m od centrum. Przemiły pan na recepcji zapytał nas, czy życzymy sobie pokój z klimatyzacją! Dobry żart, ogrzewanie by się przydało.

Po szybkim rozpakowaniu bagaży, ruszyliśmy do centrum, żeby coś zjeść i zobaczyć miasteczko. Wybór restauracji w Tanah Rata jest bardzo duży  a ceny jedzenia niskie. My zdecydowaliśmy się na kuchnię indyjską, za duży obiad z licznymi przekąskami płaciliśmy ok 10 zł od osoby. Najedzeni mogliśmy wybrać się na zwiedzanie okolicy. Architektura Cameron Highlands nas zupełnie zaskoczyła. Miałam wrażenie, że jesteśmy gdzieś w Alpach, a nie w południowo-wschodniej Azji. Na dodatek okazało się, że w miasteczku jest sporo obiektów o charakterze chrześcijańskim: kapliczka Matki Boskiej, kościół, centrum rekolekcyjne. To zaskakujące w kraju muzułmańsko- buddyjsko-hinduskim!

Samo Tanah Rata jest niewielkie, ale bardzo przyjemne. Mniej przyjemna była pogoda: mżyło i było zimno. Niby wciąż koło 20 stopni, ale  naprawdę marzliśmy. W nocy było wręcz lodowato, spałam w skarpetkach.

Następnego dnia wybraliśmy się na trekking po lesie deszczowym. Wykupiliśmy w hotelu zorganizowaną wycieczkę. Innych możliwości za bardzo nie było. Nie wyobrażam sobie chodzenia po zupełnie dzikich terenach bez przewodnika. Miałam trochę wątpliwości, bo byliśmy z trzyletnią Julką, ale zapewniono nas, że trasa jest łatwa. Rano przyjechał po nas jeep i w około 10 osobowej grupie ruszyliśmy do dżungli. Pogoda się poprawiła, przestało padać, a chwilami nawet pokazywało się słońce. Po kilkunastu minutach jazdy zaparkowaliśmy na jakiejś asfaltowej drodze i pomyślałam wtedy: też mi dżungla, zaraz przy ulicy. Już po paru krokach od wejścia do lasu, zmieniłam zdanie. Kompletnie nie wiedziałam, gdzie jestem, wszystko wokół wyglądało tak samo. Otaczały nas gęsto rosnące drzewa, całe porośnięte mchem. Trudno było znaleźć jakikolwiek kierunek, a ścieżkę widział jedynie nasz przewodnik. Faktycznie trasa nie była jakaś szczególnie trudna, jednak dla trzyletniego dziecka to było wyzwanie. Okazało się, że Julka jest najmłodszą uczestniczką trekkingu, jaką nasz przewodnik dotychczas prowadził. Na szczęście nasze dziecko świetnie sobie radziło, czasem trzeba było ją gdzieś podnieść, albo przenieść, ale generalnie obyło się bez problemów.

Las deszczowy nas oczarował. Porośnięte mchem drzewa wyglądały jak nie z tego świata. Wokół rosło mnóstwo niezwykłych roślin i w ogóle nie było komarów. Podobno na tej wysokości- ok 1500 m, jest dla nich za zimno. Gdy wyszliśmy na niewielką polanę, okazało się, że  dżungla jest wszędzie wokół nas. Z tego miejsca sama nigdy nie trafiłabym do cywilizacji, a orientację w lesie mam całkiem niezłą. Trekking był super, ale chodziliśmy w błocie do kostek. Po powrocie do hotelu trzeba było zrobić pranie. Okazało się, że kończą nam się cieplejsze ubrania. Na dodatek z powodu zimna i wilgoci nic nie schło. Zastanawiałam się, co ubierzemy, jeśli nazajutrz będzie padać. Miałam już w planie szybkie poranne zakupy skarpetek i spodni. Na szczęście było się bez nich, bo pogoda dopisała.

Kolejnego dnia czekała nas największa atrakcja czyli wycieczka na pola herbaciane. Znów w hotelowej recepcji wykupiliśmy pakiet, który oferował zwiedzanie parku motyli, jakąś świątynię i plantację herbaty BOH. Była jeszcze opcja z plantacją truskawek, ale to nas nie interesowało. W ogóle z tymi truskawkami w Cameron to jakiś obłęd. W pozostałych rejonach Malezji, a właściwie całej południowo-wschodniej Azji, jest za ciepło na ich uprawę, więc stanowią rarytas. Truskawki w Cameron są wszędzie. Można je kupić nie tylko na każdym stoisku z owocami, ale też w postaci maskotek czy breloczków do kluczy. Skusiliśmy się na koszyczek, bo wyglądały apetycznie, niestety były zupełnie bez smaku. Biedni ci  Malezyjczycy, nigdy nie poznają smaku prawdziwych polskich truskawek.

A wracając do pól herbacianych, to muszę przyznać, że zakochaliśmy się w nich od pierwszej chwili. Co za widok! Zbocza porośnięte równo przyciętymi, soczyście zielonymi roślinami wyglądają nieziemsko.  Największą przyjemność sprawiło nam spacerowanie między herbacianymi krzewami. Sama przetwórnia BOH mniej nas interesowała, ale miło było wypić ich herbatę na pięknym tarasie z widokiem na pola. Herbata dobra, ale bez szału, za to ciasta mają pyszne. Klasyczny sernik i szarlotka, jak w domu!

Potem pojechaliśmy do parku motyli, w którym były ich tysiące. Do tego owady, gady, płazy, a nawet jakieś małe zwierzęta futerkowe. Julka z początku dosyć nieufnie na to patrzyła, ale gdy nasz przewodnik położył na niej dwa ogromne motyle, najpierw przeżyła mały szok, a potem wpadła w zachwyt. Tak zaczęła się wielka miłość  naszego najmłodszego dziecka do wszelkich żywych stworzeń, także robaków. Obecnie łowi rękami kijanki, kocha koniki polne, a gdy widzi karalucha mówi: jaki uroczy. Nie wolno nam przy niej zabić żadnej pszczoły  ani nawet osy, więc gdy latem wlecą do domu, musimy otwierać okna i je wyganiać. No i oczywiście robi w ogródku karmniki dla motyli:).

Niestety, kolejnego dnia musieliśmy wyjechać z Cameron Highlands, bo jechaliśmy do Singapuru. I wiecie co, ultranowoczesny, sterylnie czysty Singapur nie zrobił na mnie nawet w jednej piątej takiego wrażenia jak herbaciane pola.  Do dzisiaj gdy myślę o najpiękniejszych miejscach, jakie widzieliśmy w południowo-wschodniej Azji, zawsze wracam pamięcią do Cameron. Jeśli będziecie kiedyś w Malezji, koniecznie musicie je zobaczyć!

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.