Gdy ma się koło 18 lat, największym marzeniem jest wyrwać się spod skrzydeł rodziców i  być w pełni niezależnym. Nie martwic się o finanse, mieć w nosie bałagan w pokoju, wracać do domu nad ranem i nie myśleć o czekających na nas obowiązkach. Marzyć o niebieskich migdałach i nie martwić się codziennymi problemami. Jednak prawda jest taka, że życie zazwyczaj szybko weryfikuje nasze oczekiwania. Okazuje się, że bycie luzakiem ignorującym codzienne powinności nie  przynosi satysfakcji, a wiedza życiowa, czerpana od starszych okazuje się bezcenna. Wraz z upływem czasu chwile spędzone z rodzicami zaczynają smakować lepiej i lepiej. Coraz częściej uświadamiamy sobie, że i my osiągnęliśmy ” życia popołudnie”i wspólnych chwil ze „staruszkami” mamy przed sobą coraz mniej.

Niewielu znam dorosłych ludzi, którzy podróżują ze swoimi rodzicami. W sumie to mogę ich policzyć na palcach jednej ręki. Rozumiem, w czym problem. Trudno jest pokonać barierę wieku, znaleźć wspólne zainteresowania i dostosować do siebie kondycję fizyczną. Poza tym niektórzy czują się niezręcznie, spędzając wakacje  z rodzicami. No bo, co pomyślą znajomi? To przecież obciachowe.

U nas w rodzinie jesteśmy z sobą bardzo  zżyci i to nie tylko z moimi rodzicami, ale też z bratem i jego rodziną, ciocią-siostrą mojej mamy i jej rodziną , kuzynem Markiem , jego żoną i synami itd.  Zdarza nam się wszystkim gdzieś razem wyskoczyć i sami się wtedy śmiejemy, że jesteśmy jak taka wielka, głośna włoska rodzina. W sumie czasem jest nas prawie 20 osób. Nie zamierzam niczego idealizować, bo jak to wśród bliskich  bywa, zdarzają się chwile lepsze i gorsze, ale tych drugich jest naprawdę mało. Za to jak już są, to bywają naprawdę pełne ekspresji 🙂 Na szczęście nawet jak przyjdzie jakiś kryzys, nie potrafimy się na siebie  długo gniewać, szybko się przepraszamy, zazwyczaj wylewając przy tym trochę łez i wszystko wraca do normy.

Najczęściej podróżujemy z moimi rodzicami. W sumie to przynajmniej raz w roku jedziemy gdzieś razem. Trudno zliczyć wspólne dni spędzone  w podróży, powiem tylko ze razem byliśmy nawet w Tajlandii  i zawsze były to udane wyjazdy, z których mamy wiele pięknych wspomnień.  Jak to jest, zapytacie, jechać gdzieś z rodzicami i nie tylko się nie pozabijać, ale naprawdę dobrze bawić?

Zacznijmy  od kwestii organizacyjnych. Tu trzeba przyznać , że z rodzicami jest jak z dziećmi. To znaczy, że wszystko załatwiam my z Arturem, a mama i tata czasem nawet nie wiedzą, co dokładnie będziemy  zwiedzać ani gdzie będziemy spać. Żadnej ze stron jednak zupełnie to nie przeszkadza. Zaczyna się od tego, że rzucamy hasło: Jedziecie z nami do…? Niemal zawsze pada entuzjastyczna odpowiedź twierdząca, po czym  Artur ogarnia bilety lotnicze, parkingi, wypożyczenie samochodu na miejscu, a ja noclegi. Wysyłam rodzicom linki, do hoteli/ domów/ apartamentów, żeby mogli wszystko obejrzeć, ale i tak zawsze mówią, że mamy sami zdecydować, co wybieramy. Niemal zawsze decydujemy się na wspólne lokum, albo jest to duży dom wakacyjny, albo wielki apartament z dwoma łazienkami. Bywa że wynajmujemy sąsiadujące z sobą apartamenty.

Co do jedzenia, to albo chodzimy do  restauracji albo gotujemy razem. To znaczy ja gotuję, a mama sprząta. Taki podział ról bardzo nam obu odpowiada. Na początku każdego wyjazdu robimy tzw wspólny portfel tzn zrzucamy się np po 20 euro od osoby i z tego kupujemy produkty na wspólne posiłki. Przy zbiorowym robieniu obiadu zawsze jest wesoło, zazwyczaj pęka jakieś wino albo lokalne piwo. Tata i Artur ograniczają się do obierania i krojenia, ja gotuję, a mama zmywa. Dzieci zazwyczaj mają wtedy luz, czasem w czymś pomogą. Uwielbiamy też razem chodzić do restauracji, szczególnie tych z lokalną kuchnią. Płaci zazwyczaj każdy za siebie.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to albo robimy to wspólnie albo rodzice zostają i spędzają dzień na luzie, a my się gdzieś włóczymy.  Tak było na przykład na Sycylii, gdy wybraliśmy się do Cava Grande. Mama i tata poszli wtedy na plażę i zrobili obiad.  Szczerze mówiąc takie sytuacje to rzadkość, bo moi rodzice są bardzo aktywni. Tata ma 73 lata, rok temu miał wszczepioną endoprotezę kolana. Do formy wrócił właściwie po 6 tygodniach. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale tak było. Na pewno ogromna w tym zasługa mojego brata , fizjoterapeuty. Tata jest niemal w pełni sprawny  i gdy tylko może, zwiedza świat. W 2017  roku byliśmy z rodzicami w Rzymie i zdarzało nam się robić dziennie 15 kilometrów pieszo. Ojciec, mimo że miał już wtedy z kolanem problemy, nigdy się nie skarżył. Dopiero pod koniec wyjazdu, gdy  bardziej mu dokuczało, częściej korzystaliśmy z metra.  Mama to wulkan energii. Jest wprawdzie po operacji cieśni nadgarstka, a za dwa miesiące czeka ją ten sam zabieg w drugiej ręce,  ale w życiu nie da się jej zatrzymać. Tę siłę odziedziczyłam po niej. Obie wyznajemy zasadę, że nie ma rzeczy niemożliwych, niemożliwe wymagają po prostu więcej czasu i energii.

Dzięki tym cechom moich rodziców podczas wspólnych podróży nie siedzimy całymi dniami na tarasie czy na plaży, a zwiedzamy wszystko , co się da. Trzeba iść na kompromis, bo tata woli przyrodę, a mama zabytki. W ogóle kompromis to takie magiczne słowo, które wiele w życiu ułatwia i na wspólnych wakacjach nie można o nim ani przez chwilę zapominać. Odpoczynek też się przydaje, nie można przecież biegać po muzeach i kościołach całymi dniami. Czasem zamiast tradycyjnego relaksu, robimy piknik. Oj, mieliśmy już w związku z tym różne przygody, ale to temat na osobny wpis.

Ważna sprawa, to nie wykorzystywać podczas wspólnych wakacji rodziców do opieki nad wnukami, tak by nie pomyśleli, ze zabraliśmy ich z sobą, bo potrzebna była nam niania do dzieci. Nigdy tego nie robiliśmy, mimo że moi rodzice bardzo lubią spędzać czas z wnukami.

Z rodzicami jest fajnie.  Zdarza się o coś posprzeczać albo pomilczeć w złości przez chwilę, ale szybko się godzimy. Moi rodzice są dynamicznym małżeństwem i generalnie ewentualne spory wynikają między nimi samymi, a nie nami i nimi.

Mamy z nimi  wiele wspólnych tematów i zainteresowań, więc razem nigdy się nie nudzimy i zawsze mamy o czym rozmawiać. Wszyscy jesteśmy molami książkowymi, toteż nawet gdy już nie chce nam się nic mówić, siadamy wieczorami, każdy ze swoją książką i sączymy wino. A czasem gramy w karty.

Myślicie, że moi rodzice podróżują tylko z nami? A skąd! Nosi ich po świecie jeszcze bardziej niż nas! Cztery duże wyjazdy w roku to dla nich norma, zwłaszcza od czasu, gdy są na emeryturze. Razem z grupą przyjaciół byli już np w Indiach i Wietnamie, a z biurem podróży np w Gruzji czy w Andaluzji. I nie są to wyjazdy stacjonarne, a takie podczas których pokonuje się setki, a nawet tysiące kilometrów. W tym roku jadą nad polskie morze, na Bałkany na objazdówkę i z nami do Neapolu. Ruszamy już za dwa tygodnie! Nie mogę się doczekać! Nie widzę niczego obciachowego w podróżowaniu z rodzicami, wręcz przeciwnie, gdy z Arturem zastanawiamy się, komu zaproponować wspólny wypad, to Oni  zawsze przychodzą nam do głowy jako pierwsi.

Kiedyś rozmawiałyśmy z żoną mojego kuzyna Marka, Agnieszką- moją przyjaciółką , o tym co nam się marzy w związku z podróżami. Obie doszłyśmy do wniosku, że chciałybyśmy jechać z całą naszą wielką rodziną gdzieś do Toskanii. Wynająć wielki kamienny, wiejski dom dla 20 osób, z ogromnym ogrodem i basenem. W programie byłoby zwiedzanie Toskanii i wiele, wiele relaksu. My z Agą i Anią byśmy gotowały,  mężowie robiliby grilla, mama, ciocia, tata i wujek mieliby pełny relaks na leżakach. Nasze starsze, dorosłe już dzieci, też jechałyby z nami. I oczywiście dziesięciolatki: Julka i Kuba plus najmłodsze bąble, Maja i Olek. Jednym słowem pełna chata.


8 Komentarzy

mama · 26 stycznia 2019 o 19:28

A maluchy Maja i Olek będą bawić się z wszystkimi,to naprawdę wielkie marzenie,może się nam uda taka wyprawa.Bardzo się cieszymy,że lubicie z nami podróżować i w ogóle spędzać czas.My na Wasze propozycje wyjazdów jesteśmy zawsze otwarci,oglądając te zdjęcia uświadamiam sobie jak szybko mija czas,trzeba go dobrze wykorzystać.

mama · 26 stycznia 2019 o 19:39

DZIĘKUJEMY……

Zajączek · 26 stycznia 2019 o 20:52

Beata, napisałaś pięknie. Myślę, że dla Rodziców to wzruszający wpis, jednocześnie utwierdzający w przekonaniu, że naprawdę lubcie razem jeździć i zwiedzać świat. I wcale nie po to – tak jak napisałaś – że potrzebujecie niani dla dziecka. Sami jesteśmy Rodzicami i mamy nadzieję, że nasze dzieci również z nami kiedyś będą tak chętnie spędzać czas.
Prawdą jest, Droga Mamo, że czas ucieka bardzo szybko, dlatego wykorzystujmy dobrze każdą jego chwilę, a dla siebie bądźmy wyrozumiali i mili.
Beata, życzę wyjazdu do Toskanii i „pełnej chaty”.

mama · 27 stycznia 2019 o 08:46

Pani Izo dziękuję.

mama · 27 stycznia 2019 o 08:48

Pani Izo dziękuję, bardzo bym chciała żeby to się sprawdziło.

Zajączek · 27 stycznia 2019 o 16:34

Jestem pewna, że się sprawdzi. Beata napisała „nie ma rzeczy niemożliwych, niemożliwe wymagają po prostu więcej czasu i energii”.

Dana · 28 stycznia 2019 o 12:13

Sprawiecie wrażenie bardzo sympatycznej i zgranej rodziny. Bardzo Wam zazdroszczę.Mimo że się wcale nie znamy,do tej Toskanii chętnie wybrałbym się z Wami. Mogę sprzątać i gotować.To kiedy zaczynamy pakowanie?

mama · 28 stycznia 2019 o 16:25

Zawiadomimy wcześniej, chyba 2 tygodnie wystarczy na pakowanie? Naprawdę jesteśmy zgrani,choć zdarzają się róznice zdań,ale dobry jest efekt końcowy.Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.